Kabaret

Marcin Wolski
PANI HANIA: – Zwariowała pani?! Sprzedać deweloperom! PROWADZĄCA: – Piękna wizja, a co o tym myśli europosłanka lewicy? PANI JOANNA: – Jako reprezentantka lewicy wrażliwej na ekologię muszę wyznać, że od dzieciństwa ciągnęło mnie do skór. PROWADZĄCA: – Nabijanych ćwiekami, a do tego pejcz? PANI JOANNA: – Nie. Myślałam o małej fermie... PROWADZĄCA: – Chciała pani założyć fermę? PANI JOANNA: – Konkretnie, chciałabym, żeby sąsiad założył. Rozwinął. A ja i moja partia byśmy mu ją znacjonalizowali... PROWADZĄCA: – Ale z jakiego powodu? PANI JOANNA: – Powód zawsze by się znalazł. Albo za męczenie zwierząt. Albo za smród... PROWADZĄCA: – A co po nacjonalizacji? PANI JOANNA: – Jak to, co? Prywatyzacja. PROWADZĄCA: – Rozumiem. Tylko co by tam pani hodowała? Nutrie...
Marcin Wolski
Zresztą po jakimś czasie podobne problemy rozwiążą się same, w momencie gdy uczenia wierszyków na pamięć, jako elementu edukacyjnej represji, uroczyście zakaże przygotowywany właśnie nowy Kodeks Praw Dziecka. W republikańskim świecie Królestwo Antybaśni samo w sobie było już anomalią, którą należałoby zlikwidować, ale póki co – przynajmniej poprawić. Na pierwszy ogień poszły więc bajeczne rekwizyty. Niektóre zmieniły się same. Koncesjonowana czarownica nie używa dziś różdżki, jeno dżojstika, pozostałe gadżety też trzeba było zmienić lub przebranżowić. I tak na dawne „kije samobije” mówi się teraz „laski pupogłaski”, „czapka niewidka” zmieniła się w „półwidkę”, to znaczy jej użytkownik już nie może bezkarnie znikać, bo tego zabrania rozporządzenie Ministerstwa Policji, ale wolno mu...
Marcin Wolski
Ale jak długo można polegać na skrzatach? Stąd tak często pojawiało się hasło „odskrzaczania lustra”, co z grubsza polegać miało na wyrzuceniu skrzatów obcych i zastąpieniu ich swoimi, co zresztą nigdy się nie udało. Bo choć naukowcy entomolodzy wyróżniają tych lustrzaków wielką rozmaitość, a rządziły już naszym lustrem drawiczki, zaorki, pampersy, miazki, czarzastopodobne, dworaki czy gargasy, z niewielkimi wyjątkami wszelkie zmiany polegały na przefarbowywaniu skrzacich czapeczek. Miarka się przebrała, kiedy w lustro wgryzły się far-wały – skrzaty z gatunku drapieżnych mutantów, tak prawe, że aż lewe i w dodatku nie do końca wiadomo, na czyim żołdzie. Zrazu ich działalność podobała się regentowi Ronaldowi Trampkarzowi, jako że wobec władzy uległe były, a wobec opozycji bezlitosne...
Marcin Wolski
W programach telewizyjnych bez przerwy pokazywano, jak regent na próbę dotyka glinianej amfory, a ta już złocistą polewą się pokrywa, pieniądze papierowe stają się złote, klepnięta w zadek niewolnica złociście kamienieje... Co więcej, proces odbywa się bez żadnego ryzyka. W kruszec przemienia tylko dotyk regenckich palców, więc i jeść może (złotą łyżką), i stąpać boso, i chędożyć bez przeszkód, byle bez trzymanki, jednakowoż na wszelki wypadek musi nosić złote rękawiczki, żeby przypadkiem nie stezauryzować dziecięcia czy kawałka pieczonego prosiaka. Co prawda, kilku ekonomistów ośmieliło się twierdzić, że zamiana papierowych euro na złote nie jest szczególnie korzystna, w dodatku nie wiadomo, kto zarabia na różnicach kursów, ale któż przejmowałby się takimi drobiazgami w epoce...
Marcin Wolski
– A co tu korumpować, skoro wszystko rozkradzione – zauważył sir Lancelot. Zaśmiała się na to dictum strona przeciwna, gdzie królował sir Parsifal (przed Okrągłym Stołem zwyczajny Leszko, noszący przezwisko z Partii Wał, ale obecnie uszlachcony, nobilitowany i pełen zagadkowego dostojeństwa). Nie pojawił się natomiast, jeno nadesłał zwolnienie lekarskie hrabia Roland vel Zamordland (wcześniej Czesław K., starszy Cechu Rakarzy i Oprawców). Zabrakło również Tristana, który tradycyjnie zachlał, owinął się flagą i wszedł do bagażnika limuzyny marki Żiguli, gdzie usnął, ale godnie reprezentowała go Izolda (gwiazda programu TV-Stylisko, światowa mistrzyni krojenia bezy na czas). Co się tyczy św. Generaaala, ten był tradycyjnie obecny tylko duchem, który czasem łzą wzruszenia skapnął, czasem...

Pages