Fotoreportaż

Stefan Czerniecki
Dla każdego Amerykanina ta droga to symbol. Charakterystyczny znak białej tarczy z napisem „Route 66” w kilka lat stał się sygnaturą rozpoznawalną bez wyjątku w każdym stanie. Dziś już także w dużej liczbie państw. Droga stanowa nr 66 stała się przez to niezmywalnym znakiem USA. Znakiem republikańskiej wolności. Znakiem typowej dla Dzikiego Zachodu amerykańskiej egzotyki. Wręcz egalitaryzmu. „Spłoszył cię deszcz?” – zadbana Amerykanka w średnim wieku wita mnie na progu swego sklepu. Faktycznie, ma trochę racji. Wbiegłem tu troszkę przez przypadek. Nad Arizonę nadciągnęły właśnie czarne chmury. Kilka minut temu zaczęło lać. Trzeba było szukać schronienia. Najbliżej był akurat ten dom. „Zapraszamy do środka. Rozgość się”. Jej przytulny, pełen ciepłych kolorów sklep odbiega nieco od...
Stefan Czerniecki
Bez wody. Bez stałych źródeł. Bez rzek. Za to w otoczeniu gór i wielkich pustynnych otchłani. Z hamadą, która od czasu do czasu zagości w gazetowych czołówkach kolejnym rekordem ciepła. Wreszcie z ludzkim geniuszem. Rzucającym wyzwanie nawet w takim miejscu. Symetrycznym środku ciężkości starożytnej Persji. – Myślisz, że jest otwarte? – Matusz jest najwyraźniej sceptyczny. – Musi być. To jedna z głównych atrakcji tego miejsca – odpowiadam, nadal szukając jakiejś otwartej furtki w długim jasnokremowym murze. – Coś średnio uczęszczane miejsce, jak na największą atrakcję – Mateusz nie wydaje się przekonany. – Nikogo tu nie widać. – Hej, zamiast biadolić, pomóż mi się tam dostać – odpowiadam wyprowadzony nieco z równowagi. – Mamy dwie opcje: albo będziemy tu stać i narzekać, że pusto i...
Stefan Czerniecki
Na kamienicy przed kawiarnią wisi duży poster. Na nim zdjęcie ikony jakiegoś świętego. I napis informujący czytającego, że miejscowość, w której właśnie się znalazł, mieści się w zaszczytnym gronie 20 miast nieprzerwanie zamieszkanych przez 4000 lat. Nicolaus! Nicolaus! – po ulicy rozchodzi się niski, chropowaty głos. Drobny, brodaty mężczyzna wychodzi zza rogu odrapanego domu. To właśnie on wołał. Teraz, widząc czekającego na niego w swoim wiekowym samochodzie kolegę, delikatnie się uśmiecha. – Długo już czekasz na mnie? – Nie, nie… – odpowiada drugi, powoli wydostając się z auta. – Niedługą chwilkę. – Chodź, możemy zaczynać. Co u ciebie, brachu? Siwy, acz bardzo modnie ostrzyżony starszy mężczyzna troskliwie obejmuje przyjaciela i prowadzi go po kilkustopniowych schodkach na górę...
Stefan Czerniecki
Ulica Felixa Huertasa. Prowadząca wprost na chiński cmentarz. Wzdłuż mało ruchliwej drogi widać pojedyncze domy. Co pewien czas wśród nich pojawi się przypominająca wenezuelskie favele zrujnowana chata z zakratowanymi oknami. Jednak w odróżnieniu od miasta Maduro tym razem nie czuję strachu. W Caracas dzielnice nędzy skupione są w zwarty, pulsujący organizm. Tutaj zaś wszystko jest przetasowane. Może przez to bardziej oswojone. Niebudzące takiej grozy i strachu. Nikt nie zwraca na mnie większej uwagi. Można spacerować dalej. Pisk opon i znów to samo. Wioząca mnie taksówka z hurgotem zatrzymuje się przed wymuszającą pierwszeństwo zdezelowaną toyotą. Stoimy zderzak w zderzak w gigantycznym korku w wąskiej manilskiej ulicy Antonio Arnaiza. Autobus pancerny Z pobliskiej pętli odjeżdża...
Stefan Czerniecki
Tej wioski nie znajdzie się na mapie Google. Nie ma jej także w żadnej znanej mi nawigacji GPS. Jest schowana przed wścibskim turystą chcącym cyknąć sobie selfie z przebranym w bambusowe wdzianko Papuasem. Znajduje się pod ochroną. I to nie byle jaką. „Wyobraź sobie, że ci ludzie w samym środku buszu wybudowali to sanktuarium” – ojciec Józek jest wyraźnie szczęśliwy. Po chwili chwyta przebiegającego obok urwisa i rozkosznie drapie go po rozwianej czuprynie. Misjonarz jest w swoim żywiole. Nam zaś pokazuje, jak bardzo podziwia tych ludzi. Na rozległym, wykarczowanym, piaszczystym placu stoi samotna świątynia. Nie jest wysoka. Białe ściany powysadzane są kamieniami, ma spadzisty dach, niewielki balkonowy taras nad głównym wejściem i ...

Pages