Maleńka osada z wielką szczeliną

FOT. TJABELJAN_1
FOT. TJABELJAN_1

Wreszcie. Udało się. Siedemnastogodzinna podróż zakończona. Przyznam, że planując wcześniej tę marszrutę na mapie, jakoś nie docierało do mnie, że Limę i maleńkie peruwiańskie Chivay może dzielić aż 1100 km.

Na papierze wyglądało to zupełnie „zjadliwie”. Wszak do przejechania była raptem jakaś czwarta część całego państwa. Zdawać się więc mogło, że to zupełnie niewiele. Dopiero teraz, wychodząc z autobusu na maleńkim dworcu, mam świadomość pokonanego dystansu. Czuję niemal każdą kość.

Niebo jest już pokryte łuną zachodzącego słońca. Za chwilę będzie ciemno. W miasteczku próżno znaleźć jakąś latarnię czy choćby zwykłą sklepową witrynę mogącą oświetlić drogę przechodniom. Jest za to coś innego. Lokalny targ. Miejsce, do którego siłą woli prowadzi mnie wygłodzony kilkunastogodzinną trasą żołądek. Teraz, gdy jest ciemno, miejsce to przypomina nieco jedną z tych azjatyckich dzielnic, w których schronienie i społeczny azyl uzyskują poranieni, ścigani przez prawo, szemrani. Przystaję na chwilkę. Niepewność, czy na pewno warto tam wchodzić? Zagłębienie się w te uliczki będzie przecież równoznaczne z wejściem w inną rzeczywistość. Ponurą, okrytą tajemniczo groźną atmosferą. Póki co jednak czuję się tutaj troszkę niczym duch. Mijam kolejnych ludzi siedzących na krawężnikach, grających w karty, skubiących ryż, ale nikt nawet na mnie nie spojrzy. A przecież oto idzie biały. Gringo. W dodatku z plecakiem. Obiekt zainteresowania – zwłaszcza w małych miasteczkach.

Peruwiańskie „Chinatown”

Półmroczna dzielnica zaczyna odkrywać nowe oblicze. Uszu dochodzą różne głosy. Potok odzywek. Syk pieczonego na ruszcie kurczaka. Oto wchodzę na teren „peruwiańskiego Chinatown”. Zza oparów wszelakich grillów pojawiają się co rusz twarze przycupniętych na chodniku babuń. Opatulonych w grube, kolorowe chusty z frędzlami. Z jasnymi, słomianymi kapeluszami na głowach, spod których wystają sięgające nieraz pasa czarne warkocze. Gdzieś pod nogami przebiega bezpański pies. Siedzący na plastikowych, niskich stołeczkach panowie sączą z grubych szklanic pomarańczową ciecz o konsystencji soku. Zaraz obok czteroosobowa rodzina kończy kolację. Malec niezdarnie usiłuje zagarnąć palcami ostatnią porcję ryżu zmieszanego z resztkami pokrojonego na kawałeczki kurczaka. Wokoło zaczyna pojawiać się coraz więcej okolicznych moto-taksówek. Ulica staje się zaś coraz węższa. W jednym miejscu dwa motory skutecznie zatarasowały swobodne przejście. Trzeba przepuścić panie idące z naprzeciwka. Pierwsza z kobiet niesie na plecach opatulonego w czerwony kocyk synka. Nie ma więcej jak dwa latka. Już śpi.

Nadal czuję się niewidzialny. Niezaczepiany. Nieobserwowany. Nienagabywany. Nawet pani z mijanego właśnie straganu z empanadas (słynne południowoamerykańskie pierożki) nie namawia do zakupu. Nie zwraca uwagi. Zachodzę do knajpy na końcu uliczki. Z prawej strony znów mijam odymione ciepłem z ustawionego przed wejściem grilla twarze siedzących babć okrytych kocami. Te piękne, indiańskie twarze. Pełne zmarszczek życiowych doświadczeń. W tej chwili, wyłaniające się zza gęstego dymu, zdają się uczestniczyć w jakiejś mistycznej scenie.

W środku baru półmrok. Ponuro. Stoły pokryte brudnymi, lepiącymi się ceratami. Odrapane ściany. Obok drzwi wisi kalendarz. Przyglądam się dokładniej. Ubiegłoroczny. Jedyny wentylator pośrodku sufitu zepsuty. Pod ladą siedzi zgarbiona staruszka. Na otwartej dłoni zlicza pojedyncze monety. Zaglądam do karty menu. To po prostu wyrwana z zeszytu w kratkę kartka z wypisanymi długopisem pozycjami. Wiele tu skreśleń, kleksów.
– Nic z tego już nie mamy – słyszę głos. Podnoszę głowę i widzę panią w średnim wieku z notesem w ręku. To chyba właścicielka.
– Buenas noches! Nie macie więc niczego z tego, co tu widnieje? – upewniam się, nie do końca ufając, czy dobrze zrozumiałem.
– Nic, gringo.
– Aha…
– Ale mogę ci zaproponować danie dnia. Życzysz sobie?
– A mam wybór?
– Nie.

Po kilkunastu minutach mam przed sobą kurczaka z ryżem. Danie, które stanowi podstawę diety większości mieszkańców tego kraju. Do tego pełen po brzegi talerz zupy. Oraz kompot. Za całość zapłacę równowartość dwóch i pół złotego.

Kuchnia

Niska cena nie jest jedynym walorem peruwiańskiej kuchni. Owszem, w większości odwiedzanych knajp czy barów prawie zawsze daniem dnia będzie kurczak z ryżem i sałatką. Oczywiście zupełnie inaczej będzie w przypadku wystawnych i eleganckich restauracji dedykowanych bogatej kaście oraz białym turystom z wypchanym portfelem. Tam, a owszem, zamówimy inny przysmak latynoskiego lądu, czyli choćby zupę z kopytami byka. Jeśli nadal mało nam kulinarnej egzotyki, wówczas może przed nami wylądować na talerzu coś niezupełnie obrane z sierści. Z niewielką ilością mięsa. Z główką z niewielkimi ząbkami. I z małym ryjkiem. Podkulonymi łapkami. Coś jakby pieczony szczur. Słowem: widok-koszmarek. To cuy, czyli świnka morska. Lokalny specjał. Przysmak, który na tyle mocno wpisał się w tradycję kulinarną Peru, że na obrazie przedstawiającym Ostatnią Wieczerzę, znajdującym się w słynnym kościele La Compañía de Jesús w Cuzco uważny obserwator dostrzeże leżącą pośrodku stołu na brązowym półmisku, przewróconą na grzbiet świnkę morską. Zamiast chleba.

Kuchnia peruwiańska jest jedną z najostrzejszych na kontynencie. W kraju, w którym uprawia się ponad 300 gatunków chili, mieszkańcy nie potrafią wyobrazić sobie obiadowego dania bez sowitego przyprawienia. Turystom poleca się zawsze zaznaczenie przed zamówieniem, żeby „przyprawiali po turystycznemu”, czyli jedną trzecią tego co normalnie. To chyba jedyny kraj, w którym nawet w menu McDonalda widnieją frytki z pikantnym sosem z żółtej ají. Doprawia się tutaj nawet drinki. Najciekawszym jest… Sexy Woman. Nazwany tak na cześć inkaskiej twierdzy, Sacsayhuamán. Przyrządzany z wódki aromatyzowanej chili rocoto, owocu passiflory (czyli marakui), cukru i kolendry. 

Bandyci

Z Chivay jest do niego niespełna 500 metrów. Właściwie jego ujście wcina się już w miasteczko. To jednak już tylko ujście. Właściwy odcinek usytuowany jest dobre kilka godzin jazdy busem na zachód. Wzdłuż krawędzi jego stromych urwisk. Głębokiej doliny. Najgłębszej na świecie. Kanion Colca.
– Do Cruz del Condor? – zagaduje mnie, siedzącego na krawężniku imitacji dworca autobusowego, sympatycznie wyglądający brodaty gość.
– Tak, to chyba stąd, prawda? – upewniam się, bo głowy wcale nie dam, że czekam we właściwym miejscu. Jest na tyle wcześnie, że nie ma nawet kogo zapytać.
– Nie wiem. Też szukam – odpowiada facet do złudzenia podobny do tolkienowskiego Gandalfa.
– Jak zobaczą dwóch oczekujących gringos, to pewnie ktoś się kiedyś zatrzyma – pocieszam się na głos.
– Hmmm…
– Czyżbyś wątpił w pomocną dłoń Peruwiańczyków? – pytam, wyczuwając w jego głosie pewną wątpliwość.
– Wiesz, jeszcze jakiś czas temu byłbym spokojny, ale w tej chwili… – dopiero teraz zauważam jego zdenerwowany wzrok. Ewidentnie. Tkwiące pod pomarszczonymi powiekami schowanymi pod bujnymi, siwobiałymi brwiami oczy rozglądają się nerwowo.
– Stało się coś?
– Jeszcze nic. Na szczęście – dodaje chrypiącym głosem. – Przed chwilą uciekłem z rąk dwójki bandytów
– Bandytów?!
– Tak, szukając autobusu postanowiłem pozwiedzać zapuszczoną część Chivay. Skusiły mnie te piaskowce – mówi, wskazując palcem na widoczne z naszego miejsca jasnobeżowe stoki. – I spacerując pośród tamtejszych minikanionów i wyschniętych koryt rzecznych zobaczyłem nagle dwóch jegomości. Zbliżali się do mnie. Spostrzegłem, że w pewnej chwili rozdzielili się. Jeden zaczął wdrapywać się na pobliski stok, ewidentnie okrążając mnie z prawej strony. Drugi nadal szedł wprost na mnie. Coś mi się przestało podobać.
– Krzyczeli coś?
– Nic. Właśnie ta złowroga cisza była w tym wszystkim najgorsza. Nieco podejrzana. Ścisnąłem mocno swój piterek wiszący na szyi i zacząłem raźniej maszerować. W chwili, gdy zbliżałem się do jednego z tych mężczyzn, usłyszałem hałas osypujących się kamieni. Obejrzałem się za siebie, a ze stoku zbiegał w moim kierunku drugi z tych ludzi. Pierwszy tymczasem popchnął mnie na ziemię. Zaczęła się szamotanina. Przeturlałem się po stoku i zacząłem biec. Jeden z rabusiów się potknął. Drugi, nieco bardziej otyły, zaczął mnie gonić. Na szczęście po kilku minutach zrezygnował. Tak oto znalazłem się tutaj.
– Na dworzec może nie dotrą.
– Daj Boże. Zresztą jest nas dwóch. To już zupełnie inna sytuacja – jego oczy nadal uważnie lustrują otoczenie.

Loco, czyli szalony

Nie dotarli. Zamiast nich na maleńki opustoszały dworzec podjechał natomiast autobus. Wystarczyło jedno spojrzenie. I już wiedziałem. Oto nadjeżdża materializacja naszych wyobrażeń o komunikacji na latynoskim lądzie. Wizję wygodnych foteli i szerokich podłokietników obecnych na trasach międzymiastowych zastępuje tłok, duchota i ścisk. Są też urokliwe, acz mocno umorusane babuszki. O ciemnej, indiańskiej cerze. Większość pięknie się uśmiecha, widząc dwóch białych dryblasów usiłujących zmieścić się w ewidentnie za niskim wejściu. Ich sympatię momentalnie zdobywa mój nowy kompan podróży. A zwłaszcza jego długa, gęsta broda. Jedna z pań zdobywa się nawet na odwagę, delikatnie zań pociągając. Gandalf tylko życzliwie się uśmiecha.

W busiku jadą z nami – a jakże! – i kozy. Jest klatka pełna piszczących piskląt. Daje się wyczuć delikatny smrodek. Na jednym z przystanków dosiada się pan z pękami świeżo zerwanych traw. Nie wiem, co to. Wiem za to, że od tej pory nasz busik przypomina raczej poruszającą się szklarnię. Las deszczowy z daszkiem i szybami. No i oczywiście z głośną muzyką lecącą z głośników.
– Skąd jesteście? – zagaduje nas siedzący przed nami młody Peruwiańczyk.
– Ja z Polski. A kolega… No właśnie. Skąd ty jesteś? – przypominam sobie, że jeszcze się sobie z Gandalfem nie przedstawiliśmy.
– Mów mi Chappu. Pochodzę z Nowej Zelandii.
– Toście obaj z końca świata do nas przyjechali – podsumowuje Latynos. – Ja jestem Carlos.
Znajomość z Carlosem przydaje się zwłaszcza wtedy, gdy do busika wsiadają strażnicy i żądają od nas opłaty za wjazd na teren parku. Chappu momentalnie podnosi głos.
– Trzydzieści pięć soli?! Za wjazd na kilka godzin? To jest loco! Rozumie mnie pan? Lo-co! – powtarza z irytacją. Po chwili chwyta za plecak i rusza ku wyjściu.
– Kochany, to normalne. Ja też musiałem zapłacić – zatrzymuje go Carlos, wyjmując z kieszeni kwitek.
– Ale taką kwotę? Kto to widział? Ja tu za obiad płacę nie więcej jak pięć soli!
– Cóż, to prawda. Turystyka troszkę pozmieniała nasz kraj. Mnie też trudno się z tym pogodzić.
Chappu w końcu uspokaja się i wraca na swoje miejsce. Mrucząc coś pod nosem wygrzebuje pomiętoszone banknoty ze swojego piterka. Ruszamy dalej.

Czapki chullos w oczekiwaniu

Otoczenie momentalnie zmienia kolorystykę. Zaczynają pojawiać się kolorowe tarasy. Ciepłe kolory żółci i zieleni. Schodkowy układ kolejnych pól. Trochę jakby szachownica. Trochę jakby ruiny jakiegoś prainkaskiego miasta. Takiego z wąskimi schodkami i stromymi blokami skalnymi. Im autobus wjeżdża wyżej, tym widok, jaki roztacza się pod nami, staje się coraz bardziej fascynujący. Po horyzont płaskie niczym stół pola w tarasowym układzie. Jedno nad drugim. Niektóre poprzedzielane kamiennymi murkami. Raz na jakiś czas uważne oko dostrzeże kilka chatek przytulonych do któregoś ze zboczy. A nieopodal – skulone postacie pracujących na polu.
– Dojechaliśmy! Wychodzimy! – z moich obserwacji w samą porę wybudza mnie Carlos.
– To już?
– A ile byś chciał? Jedziemy już dobre dwie godziny. Chyba się nieco zdrzemnąłeś…
– Na Cruz del Condor wrócę jutro! – krzyczy Chappu przez okno. Decyduje się jechać dalej. Macha na pożegnanie przez okno. – Powodzenia w podróży!

To Cruz del Condor. Witający przybyszów falą upału. Jest już po jedenastej. Słońce operuje z całą siłą. Do tego ten rozmiękły od nagrzania asfalt. Nie ma nawet skrawka cienia, aby się skryć. Akurat dojechała wycieczka Japończyków. Rozgadani, rozentuzjazmowani turyści podążają za swoim przewodnikiem dzierżącym w dłoni flagę ich kraju. Większość Japończyków zatrzymuje się jednak dużo wcześniej. W rozłożonych kilku kramikach. Rozradowani sprzedawcy podają kolejnym klientom charakterystyczne czapeczki chullos do przymierzenia. Większość szybko sprzedadzą.

Spór o głębokość

Chcąc uniknąć tłoku udajemy się z Carlosem na drugą platformę, usytuowaną nieco poniżej tej największej. Schowana za skałkami, nie jest od razu widoczna przez wszystkich przybywających na Cruz del Condor. Mamy czas. Gdzie nam się spieszy? Po drodze Carlos przystaje na chwilę, by schylić się i nabrać w garść nieco piasku. – Chodź, Stefano – instruuje poważnym tonem. Zobacz… – mówi, wręczając mi wyjęte z kieszeni listki koki. – Weź je i zakop w ziemi. To dar dla bogini ziemi, Pachamamy. Zakop i pomyśl życzenie. Na pewno się spełni. To prezent ode mnie.

Pozwalam sobie nie skomentować tej propozycji. Nie chcąc robić przykrości nowo poznanemu, próbuję zmienić temat. – Patrz! Japończycy się zwijają!

Spoglądam w dół. Ledwo dostrzegalna nitka cienkiego potoku. Colca. To niezwykłe, jaką siłę ma żywioł. Ta wąska strużka potrafiła wyżłobić coś tak monumentalnego. Z miejsca, gdzie stoję, do przeciwległej ściany są całe cztery kilometry! Brązowa ściana kanionu wznosi się ponad poziom wody w rzece na wysokość trzech i pół kilometra. Żeby było jeszcze śmieszniej, przeciwległa ściana jest wyższa i wznosi się na wysokość ponad czterech kilometrów. 

O tych, którym się spieszy

„Iiiiiiiiiii” – z zadumy wybudza mnie pisk. Przeraźliwy i głośny. Na chwilę ucicha. By po chwili znów powrócić. Spoglądam na Carlosa. Jest równie zdezorientowany jak ja. Sytuacja powtarza się kilkukrotnie. Moment przerwy i po paru chwilach znów. Charakterystyczny świst. W głębi duszy chciałbym, żeby to było to, co myślę, ale boję się powiedzieć na głos, żeby nie wyjść na idiotę. Kilka sekund później nie mam już wątpliwości. Na dnie kanionu dostrzegam wyraźny cień. – Kondory! – krzyczę podekscytowany.

Nie mija kilka sekund, jak spod skalnego okapu zasłaniającego nam dno doliny wylatuje w naszym kierunku wielkie ptaszysko. Istny lotny spryciarz. Podczas wzbijania się w górę nie porusza nawet skrzydłem. Lawiruje tylko w poszukiwaniu ciepłych prądów wstępujących. A o takie akurat nad kanionem Colca nietrudno. To właśnie dlatego największe ptaki świata tak upodobały sobie to miejsce.

Tutaj krzywda im się nie stanie. Ludzie pokrzyczą, pomachają. Zawsze też zostawią coś do jedzenia. Odnoszę też wrażenie, że osobniki, które w tej chwili pojawiły się na niebie, czerpią z tego przyjemność. Jakby chciały się popisać. Zaprezentować. Wprawdzie cała publiczność sprowadza się w tej chwili do dwóch widzów, ale cóż? Kondory nadlatują coraz bliżej. Kołują, zawracają, żeby przelecieć tuż nad naszymi głowami. – Jeszcze raz! Tutaj, tutaj! – krzyczy Carlos, szykując się z aparatem. Oto kondor zawraca więc, by zapozować raz jeszcze. To z prawej strony, to z lewej. – Jeden, drugi, trzeci. Patrz, patrz! Czwarty! – podekscytowany Carlos liczy pojawiające się na niebie osobniki.

I tylko tych Japończyków żal. Podobałby im się ten pokaz. No i zdjęć by narobili. Do ptaków pomachali. A tak? Cóż... Jakkolwiek by patrzeć, jesteśmy na kontynencie południowoamerykańskim. Z określonymi cechami charakterologicznymi tutejszych mieszkańców. Także tych podniebnych. I podobnie jak ludzie, także kondory nie przywykły tu do pośpiechu. Nie będą w Peru szczęśliwi, którym się spieszy. Dziś kolejny dzień nauki.

Stefan Czerniecki
Paleta kolorów i gigantyzm przestrzeni. Obok pejzażu Kanionu Colca nie sposób przejść obojętnie

Robert Luna

Do maleńkiej indiańskiej osady Chivay łatwo trafić...

Jean Robert Thibault
Będąc nad Kanionem Colca najpewniej nieraz skorzystamy z tutejszych tuk-tuków

     

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze