PAMIĘĆ, PRAWDA, SPRAWIEDLIWOŚĆ

Lech Kaczyński

Dopiero po wielu latach, obejmując ważne, samodzielne stanowiska publiczne ś.p. Lech Kaczyński podjął próby leczenia nas z tej ogólnospołecznej amnezji. Z wielu względów, ale przede wszystkim dla pełnego odzyskania świadomej tożsamości narodowej prowadzącej do społecznej spójności. Dla pełnego, godnego dziedzictwa przodków, przywrócenia rangi, znaczenia Polski i polskości. Inaczej nazywa się to po prostu – patriotyzmem. Którym, co zauważyć trzeba, obecne elity, brzydzące się nawet pojęciem „ojczyzna”, nadal gardzą.
Rozpoczął od Muzeum Powstania Warszawskiego, ale gdy został prezydentem RP, dysponował już samodzielną instytucją, której nazwa mówi za siebie: Instytut Pamięci Narodowej.

Jak mało który naród placówka o podobnym charakterze była nam wręcz niezbędna. Równie dobrze mogłaby zwać się: Instytutem Polskości, naszych wartości podstawowych, naszej tradycji, naszej historii. Termin: „pamięć” oddaje to wszystko.

Nie lubię określenia „polityka historyczna”. Jeśli się rozpowszechniło, to z uwagi na wspomniane zaniedbanie. Bo to jest, była, także „polityka państwowotwórcza” polityka sprawiedliwości, polityka przywracania naszym dziejom najnowszym elementarnego ładu moralnego.

Żyjemy w epoce cywilizacyjnej dekadencji i relatywizmu. Dostosowywanie się do tego, uważanie pojęcia „patriotyzm” za archaiczne, roztopienie się w postpolitycznej, postnarodowej masie, oznaczałoby powolne samobójstwo, narodobójstwo. Szczególnie w takim świecie, takiej atmosferze próba przywrócenia dumy z polskości, wyzbycia się kompleksów nie jest żadnym nacjonalizmem, markowaniem mocarstwowości ani nawet historiozofią. Jest po prostu – obowiązkiem. Potrzebą. Koniecznością. Traktowaniem i naszej historii, i nas samych poważnie.

Miał więc prezydent Lech Kaczyński Instytut Pamięci Narodowej (powstanie tej instytucji wetował Aleksander Kwaśniewski), ale groziło mu utknięcie w czystym formalizmie czy...
[pozostało do przeczytania 85% tekstu]
Dostęp do artykułów: