Styczeń 2012

W pierwszym numerze odmienionego „Nowego Państwa” (wtedy jeszcze o nazwie wyłącznie „Niezależna Gazeta Polska”) pisałem o konserwatyzmie, moim konserwatyzmie. Czas do tego tematu powrócić, choć szerzej może innym razem.

Konserwatyzm (nawet ta nazwa) nie ma u nas specjalnych tradycji. A jeśli już, to dość specyficzne, np. polegające na uległości wobec władz. Przykro mi, że często nie jest w Polsce rozumiany. Nie polega na „konserwowaniu” czy wrogości wobec zmieniającej się, globalnej rzeczywistości. W ogóle nie jest ideologią. Dbałość o interes narodowy, maksymalna z możliwych podmiotowość w polityce zagranicznej, zdrowy rozsądek (w tym fiskalny) w gospodarce. Te zasady łączą się w konserwatyzmie z troską, by nawet w odmienionym świecie zachować parę podstawowych wartości zwyczajowego dorobku poprzednich pokoleń. Współczesny świat jest wyjątkowo rozchwiany, toteż każdy uważający się za człowieka prawicy w zasadzie konserwatystą powinien być.
Chociaż w świecie prawdziwych konserwatystów jakby coraz mniej, nie oznacza to wcale, że to pojęcie jest przestarzałe bądź „populistyczne” czy co tam jeszcze. U nas konserwatyzmu nie jest za wiele, a za mało. Prawdziwego, „normalnego”, poważnego (można by tu też wdać się w rozważania, jak definiowana jest w dzisiejszej Polsce prawicowość).

Ciągłość pokoleniowa to oczywiście także i pamięć o naszej historii, która zbudowała polską tożsamość. I wiedza na ten temat. To jest niezbędne. Ale nie jestem entuzjastą tak modnego dziś zwyczaju szukania analogii z odległą przeszłością. Żyjemy w zupełnie innych, specyficznych czasach, a pielęgnowanie polskości bynajmniej nie wymaga, by obecną sytuację definiować przez zapuszczanie się w odległe czasy. Ale jeśli np. poeci operują pojęciami i terminami metafizycznymi – mają ku temu święte prawo. Ponadto „ludzie prawicy” (dobrze, niech będzie ten termin) nie stanowią bezkształtnej, karnej masy – mają różne temperamenty, używają (lub nie) rozmaitych metafor....
[pozostało do przeczytania 62% tekstu]
Dostęp do artykułów: