Zofia Komeda Trzcińska

Zofia Komeda Trzcińska
Wtedy Romek podał adres mojego syna. Dali mu przepustkę, że tu może przyjechać. No i tak dotarł na miejsce o jedenastej w nocy, żeby mnie ostrzec. Nakarmiliśmy go, czym tylko mogliśmy, przenocował i rano, tak jak miał napisane, musiał odjechać. Napisałam więc do komendanta Mikszty list: „Szanowny Panie Komendancie, chciałam Pana zawiadomić, że w tym strasznie smutnym okresie dla naszej ojczyzny i dla nas – Polaków – stan wojenny zaskoczył mnie w Warszawie, więc przeniosłam się z hotelu do syna [podałam mu adres] i będę z synem tak długo, jak tylko się da. Ale ponieważ mam wiatrówkę sportową w domu, a Towarzysz Jaruzelski kazał oddawać wszystko – a nie chcę, żeby miał Pan przykrości z powodu, że ode mnie jej pan nie odebrał, bo dom jest zamknięty – to akurat wraca w Bieszczady przyjaciel,...
Zofia Komeda Trzcińska
Był tym bardzo poruszony. A ja dopiero wtedy zastanowiłam się nad sobą i nad tym, czy rzeczywiście to życie było takie trudne. Ale zdarzały się również sytuacje dość komiczne. Każda kobieta pragnie słyszeć jak najczęściej słowa „Kocham Cię”. Ja nie słyszałam ich prawie nigdy. Więc raz się zbuntowałam i kategorycznie zażądałam, by mi powiedział, czy mnie kocha. A co mi odpowiedział?... „Owszem”.
Zofia Komeda Trzcińska
Wiedziałam, że jego niesłychanie dynamicznie rozwijający się talent, różnorodność prac trzymają go w stałym napięciu. Był w stosunku do siebie bardzo wymagający. Często chodził zadumany. Wiedziałam, o czym myśli, zresztą „kontrolował” siebie nie tylko przy mojej pomocy. Czasami wydzwaniał do Jurka Abratowskiego i Adasia Sławińskiego – kompozytorów – z prośbą, by sprawdzili tę lub inną „melodyjkę z radia” czy nie jest plagiatem. „Zrozum – mówił – czasem coś do szufladki w mózgu wpadnie, klapka się zamknie, a po kilkunastu latach otworzy i bierzesz to za swoje”. Nie dowierzał sobie... Wszystko dokładnie sprawdzał. W życiu codziennym był bardzo naturalny, życzliwy, nie było w nim zawiści, zazdrości. Ale przeżywał różne swoje osobiste dramaty. Często budził się po nocach, nie mógł spać,...
Zofia Komeda Trzcińska
Rozpoczęta po miesiącu od tego wydarzenia błyskawiczna akcja wysiedleńcza wymiotła Bieszczady jak niszczycielski huragan. W ciągu paru tygodni wywieziono 34 tys. osób pochodzenia ukraińskiego. Tylko część wysiedlanych zdołała załadować wozy. Podstawiano ciężarówki, brano siłą, opornych bito, zdarzały się egzekucje. Większość straciła cały dobytek, dorobek wielu pokoleń. W Polskę ruszyła wędrówka ludu, a wraz z nią ruszył Iwan Hawilej. Ruszył po raz drugi. Pierwsze „przenosiny” były rok wcześniej, z Bereżek – z 30-hektarowego gospodarstwa, które po wyznaczaniu nowych granic znalazło się „po tamtej stronie” – pod Lesko, do rodzinnej wsi żony. Nawet nie zdążył zasadzić, bo znowu musiał ruszyć w drogę. Tym razem na zawsze. Tygodnie wyczekiwań na bocznicach kolejowych, wokół bydlęce...
Zofia Komeda Trzcińska
Wizyty leśnych sąsiadów to w Bieszczadach rzecz normalna. Lisy szukające drogi do kurników, jelenie karpackie podchodzące zimą pod zabudowania, przemykający bezgłośnie cień rysia, żubr wędrowiec, wiszący bez ruchu hen nad głową w niebiosach orzeł przedni. A wiosną, gdy bacowie wyprowadzają na połoniny stada owiec, czekają już tam na nie wilki. Ale wilki to całkiem inna sprawa. To inteligentni, przebiegli i bezlitośni zabójcy. Nawet gdy nie są głodni. Wiosna 1990 r. przyniosła Bieszczadom dużo większe zagrożenie niż wilcza wataha. Powstały w 1978 r. w Dębicy, zatrudniający 34 tys. osób w 18 województwach, Kombinat Przemysłowo-Rolniczy Igloopol zaczął tonąć i rozpadać się na kawałki. Igloopol to hodowle, mrożonki, przetwory, konserwy, alkohol, samochody, maszyny, meble i nie wiadomo co...

Pages