Wspomnienia o moim przyjacielu Jasiu Himilsbachu spisane 23.03.2002r.

Poprzednie miesięczniki

No i kiedyś przyjechałam do Warszawy, zatrzymałam się w tym mieszkaniu, gdzie gospodarował już mój syn. Zadzwonił Himilsbach, bo dowiedział się, że jestem. Powiedział: „Nigdzie nie wychodź, czekaj na mnie, ja się tam do ciebie wlokę, bo ciężko mi strasznie”. Skoro ciężko, to pytam: „Z nogami gorzej?”. Odpowiedział: „A, zobaczysz, jak przyjadę”. No i rzeczywiście za godzinkę dzwonek do drzwi, otwieram – stoi Himilsbach spocony, zgrzany, z ogromną paką. Wchodzi do kuchenki i z ogromną ulgą rzuca na podłogę ten ciężar. Jak się okazało, było tam cztery albo pięć ryz papieru maszynowego, trzy ryzy papieru przebitkowego i kilka paczek kalki. Mówię: „Co mi tu rzucasz?”. A on odpowiada: „A na cholerę mi to wszystko? Dostałem ze Związku Literatów, a przecież ja jestem winien ci 50 dolarów i nigdy ci ich nie oddam, a tobie się to przyda”. No i rzeczywiście się przydaje... Brudnopis mojej pierwszej książki powstał na tym papierze i teraz kończę drugą, a przecież w Bieszczadach cała moja społeczna działalność, te wszystkie maszynopisy, te wszystkie listy do milicji, do gminy, do województwa, do ministerstw w sprawie powiększenia parku narodowego w Bieszczadach, do sądów, do prokuratorów, jak mnie okradli – to wszystko na tym papierze i wszystko z tą przebitką, i wszystko z tą kalką, cały czas jest ze mną Jaś Himilsbach... Tak jak i to jego kolorowe zdjęcie razem ze Zdzisiem Maklakiewiczem, które wycięłam z tygodnika „Antena”. Tak wyglądali ci moi dwaj przyjaciele... Pierwszy stoi
     
19%
pozostało do przeczytania: 81%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze