Moje bieszczady – Dziadzio Hawilej

Poprzednie miesięczniki

Rozpoczęta po miesiącu od tego wydarzenia błyskawiczna akcja wysiedleńcza wymiotła Bieszczady jak niszczycielski huragan. W ciągu paru tygodni wywieziono 34 tys. osób pochodzenia ukraińskiego. Tylko część wysiedlanych zdołała załadować wozy. Podstawiano ciężarówki, brano siłą, opornych bito, zdarzały się egzekucje. Większość straciła cały dobytek, dorobek wielu pokoleń. W Polskę ruszyła wędrówka ludu, a wraz z nią ruszył Iwan Hawilej. Ruszył po raz drugi. Pierwsze „przenosiny” były rok wcześniej, z Bereżek – z 30-hektarowego gospodarstwa, które po wyznaczaniu nowych granic znalazło się „po tamtej stronie” – pod Lesko, do rodzinnej wsi żony. Nawet nie zdążył zasadzić, bo znowu musiał ruszyć w drogę. Tym razem na zawsze. Tygodnie wyczekiwań na bocznicach kolejowych, wokół bydlęce wagony, strach, smród, bałagan. A potem, na drogach kolumny nieludzko zmęczonych, upodlonych wędrowców wkraczających w nowy świat, który teraz miał być ich ojczyzną. Tułaczka rodziny Hawilejów zakończyła się pod Słupskiem. Żona z dwoma córkami, obywatelki z Leska, zostały przymusowymi osadniczkami, a Iwan emigrant – niespodziewanie nielegalny, bo z Bereżek – spędził następne lata pracując „na lewo”, omijając kłopoty, próbując żyć normalnie. W pogodne dni, spoglądając w stronę południa, widział odbijające zza horyzontu w błękicie nieba Caryńską, Wołosate, Tarnicę, Wetlińską. Dostrzegał swoją ojczyznę. Dlatego, gdy w 1957 r. usłyszał, że wracać już wolno, udał się w rodzinne strony. Na powracające
     
24%
pozostało do przeczytania: 76%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze