Wspominając komedę

Poprzednie miesięczniki

Właśnie tę przerwę postanowiliśmy zgodnie na zebraniu „Sekstetu Komedy” zastąpić koncertami z wchodzącą na rynek europejski muzyką rockową. Łatwą w odbiorze, naprawdę rozrywkową dla wielu odbiorców, nawet w niewyrobionych muzycznie małych miasteczkach. Stąd nasza enigmatyczna rockandrollowa formacja „Jan Grepsor i jego chłopcy”, w której muzycy występowali w kolorowych koszulach uszytych z wzorzystej bawełny na zasłony, ciemnych okularach, przeczesanych grzywkach. No i te pseudonimy. Jan Grepsor to naturalnie Krzyś Komeda (Grepsor od grepsu – udawania); Jan Ptaszyn Wróblewski to Jan Moniak (moniak to w żargonie klezmerskim – pieniądz). Więc złasił się ten klezmer, czyli muzyk, na łatwy zarobek. Tak samo jak Bob Komers – czyli Jan Zylber – który skomercjalizował się z chęci zysku. Zresztą w przyszłości wiele jeszcze innych spraw zrobił dla zysku. Jurek Milian ze wstydem nazwał się Jerzym Skrupułem, a kontrabasista Józio Stolarz – Franciszkiem Łaziornym (co w słowniku muzycznym znaczyło: fatalnie, źle, po prostu do bani). Nasz puzonista, ładny chłopak z Gdyni, z wielkim powodzeniem u dam, nazywał się Ciziewicz. Który z młodych jazzmanów teraz wie, co znaczyło: „cizia na ciof”? A może – „na ciow”? – nigdy tego słowa dawniej nie pisałam. To dziewczyna z seksem, która może da się poderwać. A takie wtedy wianuszki otaczały każdego muzyka – wspaniałych jazzmanów lat 50... No i do tego kompletu potrzebni byli dwaj gitarzyści. Przykro mi, że nie pamiętam nazwiska jednego z nich –
     
25%
pozostało do przeczytania: 75%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze