Polskie serce pod obcym mundurem

Początki

Wielu Polaków zaciągających się do służby u boku US Army miało nadzieję, że w momencie wybuchu konfliktu z Sowietami będą mogli z bronią w ręku jako pierwsi znaleźć się w wyzwalanej Polsce. Nadzieje te były nieoficjalnie podtrzymywane także przez czynniki amerykańskie, które, licząc się z możliwością konfliktu Wolnego Świata z Moskwą, dawały sygnały, że powstające oddziały to rodzaj ukrytej pod szyldem służby pomocniczej polskiej siły zbrojnej. Oprócz masowego napływu ochotników w skład formacji weszła w całości Brygada Świętokrzyska, zgrupowanie partyzanckie NSZ, które przedostało się z Polski do zachodnich Czech, gdzie w kwietniu 1945 r. połączyło się z Armią Amerykańską.


W początkowym okresie nie było koszar. Żołnierze kompanii wartowniczych kwaterowali w obozach namiotowych

Proces powstawania oddziałów wartowniczych był spontaniczny, kompanie tworzono z inicjatywy poszczególnych dowódców amerykańskich, od szczebla dywizji wzwyż, co powodowało, że nie istniały jednolite dowództwo ani struktura organizacyjna. W zależności od potrzeb, były to jednostki w sile kompanii, batalionu, a w jednym wypadku nawet cały pułk wartowniczy. Praktyka wykazała, że najefektywniejszy do zadań wartowniczych był oddział w sile kompanii i większe jednostki uległy podziałowi. Kompanie, formowane według etatów anglosaskich liczyły każda ośmiu oficerów oraz 252 podoficerów i szeregowych.

Na początku nie było regulaminów, norm i przepisów, np. dotyczących umundurowania, stąd panowała atmosfera pełnej improwizacji. Sprawy techniczne i wyszkolenia pozostawiano w rękach polskiej kadry oficerskiej, natomiast Amerykanie ograniczali się do ogólnego nadzoru i wyznaczania jednostkom konkretnych zadań. Żołnierze-wartownicy mieli prawo noszenia polskich insygniów wojskowych: orzełków na hełmach i furażerkach, naszywek „Poland” czy proporczyków w barwach narodowych, obowiązywała polska komenda, a przy...
[pozostało do przeczytania 78% tekstu]
Dostęp do artykułów: