TRYBUNAŁ ABSURDÓW

Zainteresowało mnie to zjawisko, więc zażądałem w trybie dostępu do informacji publicznej udostępnienia zarządzeń prezesa Trybunału Konstytucyjnego o wyznaczeniu sędziego do rozpoznania mojej skargi. Nie wiedziałem wówczas, kto tę sprawę prowadził. Chciałem poznać nazwisko osoby, która przez dwa lata nie była w stanie zrobić tego, co inny sędzia zrobił w rozsądnym terminie. Otrzymałem wówczas z TK wszystkie dane, o które wystąpiłem. Jednak, gdy zacząłem badać inne sprawy, w których skargi leżały wiele miesięcy i lat w fazie wstępnego rozpoznania, otrzymałem z sekretariatu Trybunału Konstytucyjnego pismo, z którego dowiedziałem się, że przepisy o dostępie do informacji publicznej Trybunału nie dotyczą.

A nie dotyczą?

Oczywiście, że dotyczą. Ani Trybunał, ani jego prezes nie są na tyle ekskluzywni, aby byli wyłączeni z obowiązku udostępniania informacji. Dlatego nie poddałem się i wniosłem skargę na bezczynność prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Nieudzielenie mi informacji łamało bowiem prawa zagwarantowane każdemu w konstytucji.

Dobrze rozumiem? Trybunał Konstytucyjny łamał prawo wynikające wprost z konstytucji? 

Dokładnie. Gdyby tak nie było, Wojewódzki Sąd Administracyjny 12 lipca nie uznałby mojej skargi za uzasadnioną. Sąd stwierdził bezczynność i zobowiązał prezesa Trybunału Konstytucyjnego do załatwienia mojego wniosku o udostępnienie informacji. Dziwi mnie tylko, dlaczego musiało do takiej rozprawy w ogóle dojść. Przecież obecny prezes Trybunału

prof. Andrzej Rzepliński jawił się jako obrońca praw człowieka, działając niegdyś w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Może sprawa utknęła na poziomie sekretariatu i nic o niej nie wiedział?


Na wstępnym etapie mógł tego nie kontrolować, ale jak już do rozprawy doszło, to na jego biurku dokumentacja z tej sprawy musiała się znaleźć. I powinien się tej sprawie sumiennie przyjrzeć. Tak samo,...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: