SĘDZIOWIE POLITYCZNIE ZALEŻNI

Rzeczywiście, wydaje się aktualna. Dlatego, że nie dotyczy tylko poprawności i sprawności sądzenia, ale jednocześnie kształtowania procedury, według której się sądzi. Jak mawiał mój przyjaciel i patron, mecenas Władysław Siła-Nowicki, „wyroki sądowe są na pewno mniej przewidywalne niż wyroki boskie”. To, co jest zapisane w prawie, to jedno. A to, co wynika z orzecznictwa sądowego, to drugie. W procedurę funkcjonowania sądów możemy ingerować z zewnątrz poprzez władzę ustawodawczą i wykonawczą: resortową czy samorząd sędziowski. Natomiast w swobodę ferowania wyroków przez poszczególnych sędziów, tylko w bardzo ograniczonym zakresie. Obowiązuje bowiem słuszna zasada pełnej niezawisłości. Prowadząc w parlamencie projektowanie norm dotyczących trzeciej władzy, zakładałem, że nie sprawują jej organy administracji sądowej, tylko konkretni sędziowie. Jedna ze starych doktryn pozytywistycznych mówi, że wyrok zależy zarówno od upodobań seksualnych sędziego, jak i tego, czy dobrze trawił, czy go boli głowa i jakie odniósł wrażenie w stosunku do podsądnego.

Powiedział Pan, że polski wymiar sprawiedliwości wciąż wymaga usprawnień. Czy nie za wiele mamy, zwłaszcza ostatnio, praktyk przypominających czasy komunistyczne?

Po wprowadzeniu stanu wojennego i wydaniu surowego dekretu o jego funkcjonowaniu wiceminister sprawiedliwości odbył naradę z sędziami. Sformułował wówczas dyrektywę: „musicie, towarzysze, pamiętać, że wyroki sądowe są formą dialogu władzy ze społeczeństwem. W aktualnej sytuacji nie mogą być łagodne”. Wówczas prezesi sądów byli powoływani z uwzględnieniem klucza partyjnego. Dziś na szczęście tak nie jest, ale sędziowie, którzy byli pod pręgierzem opinii publicznej po stanie wojennym, nie zostali poddani właściwej selekcji. Nie potwierdził się optymizm pierwszego prezesa Sądu Najwyższego Adama Strzembosza, że wymiar sprawiedliwości sam się oczyści. Okazało się, że w III RP kariery wielokrotnie porobili sędziowie, którzy...
[pozostało do przeczytania 69% tekstu]
Dostęp do artykułów: