GRUDZIEŃ 2010

Ten numer „NP”, jako że kolejny ukaże się dopiero pod koniec stycznia, jest niejako także i noworocznym. Zaczyna się nowa dekada. Wypadałoby pomieścić tu jakieś uwagi okolicznościowe, wspomnienia (te noszę w sercu), a zwłaszcza uderzyć w tony zapewne wskazanego, bo wielu potrzebnego – optymizmu. Ale, niestety, nie jestem w stanie.
Owszem, samo Boże Narodzenie będę starał się przeżyć tak, jak wszystkim życzę. Ale aby starać się ująć szersze sprawy w nieco pogodniejszym tonie, musiałbym ograniczyć się do tematyki przyziemnej, powierzchownej. A staram się wychodzić poza nią. Poza konsumpcjonizm.

Przeżywam jakieś déjà vu. Wręcz koszmarnie karykaturalne. W samej Polsce powracają i to w wymiarze, jakiego nie oczekiwałem w najgorszych snach, wczesne lata 90. Wtedy znieść ich nie mogłem. Tamtej rzeczywistości starałem się przeciwstawiać, na ile byłem w stanie. Dziś też niesłychanie często myślę: co i jak mogę próbować zmienić. Chociażby na tyle, by uspokoić sumienie – zrobiłeś, co mogłeś, nie narzekałeś tylko. Bo zarazem odczuwam jakąś ogromną bezradność, przeświadczenie, że i wiele zrobić nie można, i że to, co się zrobi, mało, jeśli cokolwiek, zmieni.

Czemu aż tak? Bo wydaje mi się, że jest znacznie, znacznie gorzej niż w przywołanych latach inauguracji tego, co zowie się III RP.

Bo wtedy nadzieja miała jakieś, chociażby potencjalne podstawy. Bo społeczeństwo jawiło mi się mimo wszystko inaczej niż przeważająca część dzisiejszego. Bo świat zewnętrzny, nasz świat, był wciąż jakby nieco mniej, że użyję delikatnego sformułowania, zwichrowany.
A dziś? Do wszystkiego, przeciwko czemu protestowałem 20 lat temu, doszła, by od razu przejść do sedna – barbaria. Barbarzyńcy są w ofensywie, w kraju i świecie naszej cywilizacji. To coś znacznie gorszego, niebezpieczniejszego, bardziej niepokojącego niż chociażby najfatalniejsza bieżąca sytuacja polityczna. Proste pytanie: czy nasz kraj, czy nasz świat opierają się jeszcze na jakichś...
[pozostało do przeczytania 57% tekstu]
Dostęp do artykułów: