Sportowa terapia

Poprzednie miesięczniki

O tym, w jak wielkim stopniu było to możliwe, niech świadczy fakt, że kompletnie nic z tego nie pamiętam – tylko czysty sport. Bo kibicem byłem ogromnym. Nawet w najgorszych czasach (potem reżim otworzył się w tej dziedzinie dość szeroko na świat i fundował nam „igrzyska” w sensie dosłownym). Niezmiernie dużo właśnie z tej błahej dziedziny pamiętam. Bardzo żywo.  Z pewnością nie zdołam oddać klimatu tego czasu, zwłaszcza jego początku. Bo poza aspektem politycznym (tak zakłamującym wszystkie inne rozrywki) były to też czasy bez telewizji. Czy można się dziwić, że na zawodach, i to w rozmaitych dyscyplinach, trybuny pękały w szwach? Były nieco odmienne od dzisiejszych. Toporne, pełne ubogo ubranych ludzi. Panowało na nich braterstwo kibiców pogrążonych wyłącznie w sportowych emocjach. Żadnych rozmów na inne tematy. I żadnych ocierających się o bandytyzm zachowań. Zresztą i na Zachodzie tak wówczas było. Sport odkryłem już jako małe dziecko, w Ostrowcu. Zacząłem chodzić na mecze na odległy stadion (wracając, urządzaliśmy sobie z kolegami wielokilometrowy bieg). Pojawiał się jakiś afisz w mieście – już byłem na stadionie. I, przynajmniej wówczas, nie zwracałem uwagi na zawodów poziom.  Chociaż i tam zetknąłem się już ze sportem krajowym pierwszego sortu. Ostrowieckie KSZO miało wielkie tradycje w waterpolo (piłce wodnej), toteż czasem przyjeżdżała do miasta nawet drużyna stołecznego CWKS. To było święto! Pamiętam swoje rozemocjonowanie podszyte z lekka strachem: trybunki były
     
12%
pozostało do przeczytania: 88%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze