Fabryki już nie ma


To był duży teren, na którym można by wybudować małe osiedle. Zrujnowane budynki po dawnych biurach, hale fabryczne, hałdy gruzu, tuż obok wysypisko i skup złomu. W sumie w Fabryce przemieszkiwała jakaś setka ludzi, squatersi twierdzili, że nawet więcej. Oczywiście nie wszyscy naraz; po terenie rzadko kręciło się więcej niż 50 osób. Większość squatersów nie ma własnego miejsca, jest ciągle w podróży.


Squat to przede wszystkim dom dla wielu ludzi tworzących tę różnorodną społeczność. Dom, gdzie każdy może znaleźć miejsce dla siebie

Najbardziej zadbanym budynkiem, odgrodzonym od reszty świata kratami i parą drzwi, był Monar. To ludzie z Monaru uważali się za autentycznych squatersów, założycieli Fabryki – oni parę lat temu uporządkowali budynek i ustalili zasady wspólnego życia w grupie, dyżury przy sprzątaniu, kilkupunktowy regulamin, który zabraniał mieszkania w Fabryce nieletnim, a szczególnie – dzieciom. One mogły co najwyżej odwiedzać squat. W budynku nie brakowało piecyków, telewizora, nawet biblioteki. Squatersi wybrali życie obok cywilizacji – ale nie w oderwaniu od niej.


Ze względu na konieczność zaakceptowania trudnych warunków, odnalezienie swojego miejsca na squacie nie dla wszystkich jest łatwe

W Monarze dużo się działo. Organizowano koncerty w klimatach punka i punk rocka, ludzie przychodzili posłuchać muzyki alternatywnych zespołów, których trudno było usłyszeć gdzie indziej. Nieprofesjonalne nagłośnienie rekompensowała atmosfera miejsca i cena biletów – tylko 10 zł. Ale najważniejsza była sama idea squattingu: to, że wszyscy mieszkali razem i razem chcieli coś tworzyć. Znajomi przyprowadzali swoich znajomych, nowi ludzie dowiadywali się o istnieniu Fabryki i powiększała się grupa ludzi, którzy nie chcieli mieszkać w blokowiskach, w wydzielonej wąskiej przestrzeni mieszkań albo, z różnych powodów, nie mieli tam swojego miejsca.


W...
[pozostało do przeczytania 53% tekstu]
Dostęp do artykułów: