Od powietrza, głodu, wojny…

A już można było pomyśleć, że przynajmniej jeden z Jeźdźców Apokalipsy zniknął z naszego widnokręgu. Szczepionki, antybiotyki, profilaktyka, rozwinięta medycyna wydawały się skutecznie chronić ludzkość – a przynajmniej tę lepszą, zasobną jej cześć – od zmory minionych wieków. Zaraza, tak jak wojna czy klęska głodu, pojawiała się wprawdzie mniej regularnie niż pory roku, lecz praktycznie od początków cywilizacji – czarna śmierć, czerwony mór, cholera, tyfus były plagami, które okresowo nawiedzały ludzkość, potem znikały. Nie znano metod leczenie, poza izolacją, toteż przeżywali silniejsi i bogatsi, których stać było na to, by chronić się w odosobnionych rezydencjach. Z czasem zauważono, że epidemie towarzyszą zwykle innym kataklizmom. Czarna śmierć pojawiła się w dziesiątym roku wojny stuletniej, hiszpanka dziesiątkowała ludzkość pod koniec wielkiej wojny, epidemia uderzyła w Polskę po potopie szwedzkim, a cholerę przywlekło w 1831 roku rosyjskie żołdactwo, maszerujące, by zdławić powstanie listopadowe i inne zrywy europejskie. Czynnikiem sprzyjającym było wycieńczenie społeczeństwa – tak fizyczne, jak i psychiczne. Dżumę Justyniana w latach 541–542, pierwszą prawdziwą pandemię całego ówczesnego świata, poprzedziła klęska głodu, będąca efektem megawybuchu wulkanu Krakatau, którego pyły, przysłaniając popiołami słońce, na parę lat obniżyły temperaturę na Ziemi, ściągając klęskę nieurodzaju. W poszukiwaniu żywności Bizancjum zaczęło ściągać zepsute zboże z 
     
40%
pozostało do przeczytania: 60%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze