Manila – czy było warto?

czerniecki.net
czerniecki.net

Ulica Felixa Huertasa. Prowadząca wprost na chiński cmentarz. Wzdłuż mało ruchliwej drogi widać pojedyncze domy. Co pewien czas wśród nich pojawi się przypominająca wenezuelskie favele zrujnowana chata z zakratowanymi oknami. Jednak w odróżnieniu od miasta Maduro tym razem nie czuję strachu. W Caracas dzielnice nędzy skupione są w zwarty, pulsujący organizm. Tutaj zaś wszystko jest przetasowane. Może przez to bardziej oswojone. Niebudzące takiej grozy i strachu. Nikt nie zwraca na mnie większej uwagi. Można spacerować dalej. Pisk opon i znów to samo. Wioząca mnie taksówka z hurgotem zatrzymuje się przed wymuszającą pierwszeństwo zdezelowaną toyotą. Stoimy zderzak w zderzak w gigantycznym korku w wąskiej manilskiej ulicy Antonio Arnaiza.Autobus pancerny Z pobliskiej pętli odjeżdża właśnie kolejny blaszanoczerwony autobus. Przednie nadwozie ma usiane drobnymi lampkami, przez co bardziej przypomina bogato przystrojoną bożonarodzeniową choinkę niż miejski środek transportu. Pozostałe jeepneye – tutejsze „ogórki” – stoją w kolejce. W trzech rzędach. Jeden za drugim. Z potężnymi zderzakami. Pojazdy są niskie i przysadziste. Z rozbudowaną do granic możliwości klapą silnika. Jak u dobrych amerykańskich ciężarówek mknących po arizońskiej prerii. Z niewielką, wąską szybką kierowcy. W dodatku przyozdobioną jeszcze mnóstwem naklejek, wisiorków, breloczków, proporczyków. Zwykle także z jakimś chrześcijańskim odniesieniem. Jest więc Pan Jezus w komiksowej
     
14%
pozostało do przeczytania: 86%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze