Manila – czy było warto?

czerniecki.net
Ulica Felixa Huertasa. Prowadząca wprost na chiński cmentarz. Wzdłuż mało ruchliwej drogi widać pojedyncze domy. Co pewien czas wśród nich pojawi się przypominająca wenezuelskie favele zrujnowana chata z zakratowanymi oknami. Jednak w odróżnieniu od miasta Maduro tym razem nie czuję strachu. W Caracas dzielnice nędzy skupione są w zwarty, pulsujący organizm. Tutaj zaś wszystko jest przetasowane. Może przez to bardziej oswojone. Niebudzące takiej grozy i strachu. Nikt nie zwraca na mnie większej uwagi. Można spacerować dalej.

Pisk opon i znów to samo. Wioząca mnie taksówka z hurgotem zatrzymuje się przed wymuszającą pierwszeństwo zdezelowaną toyotą. Stoimy zderzak w zderzak w gigantycznym korku w wąskiej manilskiej ulicy Antonio Arnaiza.

Autobus pancerny
Z pobliskiej pętli odjeżdża właśnie kolejny blaszanoczerwony autobus. Przednie nadwozie ma usiane drobnymi lampkami, przez co bardziej przypomina bogato przystrojoną bożonarodzeniową choinkę niż miejski środek transportu. Pozostałe jeepneye – tutejsze „ogórki” – stoją w kolejce. W trzech rzędach. Jeden za drugim. Z potężnymi zderzakami. Pojazdy są niskie i przysadziste. Z rozbudowaną do granic możliwości klapą silnika. Jak u dobrych amerykańskich ciężarówek mknących po arizońskiej prerii. Z niewielką, wąską szybką kierowcy. W dodatku przyozdobioną jeszcze mnóstwem naklejek, wisiorków, breloczków, proporczyków. Zwykle także z jakimś chrześcijańskim odniesieniem. Jest więc Pan Jezus w komiksowej wersji. Jest Maryja. Są święci.
Jeepneye to filipińska wizytówka ruchu przewozowego. Nie da się przyjechać do Manili, smakować miasto od podszewki i nie poznać przy okazji – i do dość namacalnie – czym są najsłynniejsi bohaterowie dróg filipińskiej stolicy. Czym pachną. Jak hałasują. W jaki sposób smakuje jazda nimi. Stare, zużyte, lecz sprawdzone w ruchu już od ponad pół wieku stanowią bezcenne uzupełnienie filipińskiej rzeczywistości. Tej prawdziwej,...
[pozostało do przeczytania 78% tekstu]
Dostęp do artykułów: