Manila – czy było warto?

Dodano: 11/03/2020 - Numer 3 (167)/2020
czerniecki.net
czerniecki.net

Ulica Felixa Huertasa. Prowadząca wprost na chiński cmentarz. Wzdłuż mało ruchliwej drogi widać pojedyncze domy. Co pewien czas wśród nich pojawi się przypominająca wenezuelskie favele zrujnowana chata z zakratowanymi oknami. Jednak w odróżnieniu od miasta Maduro tym razem nie czuję strachu. W Caracas dzielnice nędzy skupione są w zwarty, pulsujący organizm. Tutaj zaś wszystko jest przetasowane. Może przez to bardziej oswojone. Niebudzące takiej grozy i strachu. Nikt nie zwraca na mnie większej uwagi. Można spacerować dalej. Pisk opon i znów to samo. Wioząca mnie taksówka z hurgotem zatrzymuje się przed wymuszającą pierwszeństwo zdezelowaną toyotą. Stoimy zderzak w zderzak w gigantycznym korku w wąskiej manilskiej ulicy Antonio Arnaiza.Autobus pancerny Z pobliskiej pętli odjeżdża właśnie kolejny blaszanoczerwony autobus. Przednie nadwozie ma usiane drobnymi lampkami, przez co bardziej przypomina bogato przystrojoną bożonarodzeniową choinkę niż miejski środek transportu. Pozostałe jeepneye – tutejsze „ogórki” – stoją w kolejce. W trzech rzędach. Jeden za drugim. Z potężnymi zderzakami. Pojazdy są niskie i przysadziste. Z rozbudowaną do granic możliwości klapą silnika. Jak u dobrych amerykańskich ciężarówek mknących po arizońskiej prerii. Z niewielką, wąską szybką kierowcy. W dodatku przyozdobioną jeszcze mnóstwem naklejek, wisiorków, breloczków, proporczyków. Zwykle także z jakimś chrześcijańskim odniesieniem. Jest więc Pan Jezus w komiksowej
     
14%
pozostało do przeczytania: 86%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze