Złe wybory boksera-literata

Redakcja „Współczesności” mieściła się niedaleko pomnika Kopernika i sławnej „Harendy”. Jedno z kolegiów redakcyjnych zostało przerwane dramatycznym wejściem szatniarza z rzeczonego lokalu. „Brychta biją” – krzyknął do Romana Śliwonika. Kolegium przerwano, dziennikarze ruszyli na odsiecz. Po bohaterskim uratowaniu Andrzeja Brychta towarzystwo wróciło do siebie, by kontynuować kolegium.

W moim rodzinnym domu stał kiedyś biały regał. Nic nadzwyczajnego, ot, sklejka typowa dla produkcji meblowej wczesnych lat 90. Regał wypchany był książkami moich rodziców, a ja, kiedy nie patrzyli, wybierałam z niego coś na chybił trafił, najczęściej kierując się urodą okładek. Potem czytałam zachłannie, często zresztą nawet nie do końca rozumiejąc, co czytam. Mając 13 lat, sięgnęłam po cienką, może kilkudziesięciostronicową książeczkę, która reklamowała się wizerunkiem objętych chłopaka i dziewczyny na tle nieokreślonego pejzażu. Tak właśnie przeczytałam „Dancing w kwaterze Hitlera”. Oczywiście za wiele z książki nie pojęłam, pamiętałam tylko jedną rzecz: opowieść niemieckiego turysty o tym, jak w czasie II wojny światowej za karę budował bunkry Hitlerowi. Pewnego razu przymusowych robotników minął samochód z przyczepą pełną młodych, pięknych dziewcząt, które machały im i chwaliły się, że będą pielęgniarkami na froncie. Po jakimś czasie samochód wracał, na przyczepie leżały jakieś niepokojące kształty, przykryte plandeką. Jeden z robotników podbiegł i ją podniósł. Zobaczył dziewczęta. Wysuszone truchła leżały skurczone w makabrycznych pozach. Z dziewcząt spuszczono całą krew. Potrzebna była dla niemieckich żołnierzy. Gdy już jako dorosła osoba czytałam książkę raz jeszcze, ów fragment robił tak samo piorunujące wrażenie. Autor opowiadania, Andrzej Brycht, miał naprawdę dobre pióro.

Dziecko Warszawy wychowane na Bałutach
Szkoda mi tego Brychta. Bo dobre pióro mogło iść w parze z barwnym życiorysem, pełnym wspomnień takich...
[pozostało do przeczytania 91% tekstu]
Dostęp do artykułów: