Arystokrata w sandałach

„Żeby być dobrym księdzem, trzeba dobrze jeść, dobrze spać i dużo się śmiać” – nieraz powtarzał o. Bernard Łubieński, redemptorysta. Sługa Boży, kandydat na ołtarze, żarliwy misjonarz, wykształcony i wyświęcony w Anglii. Był obdarzony poczuciem humoru właściwym ludziom duchowo wolnym. Był typem ascety, przez część życia z powodu paraliżu nóg przykutym do wózka inwalidzkiego, co jednak nie przeszkodziło mu w realizacji pasji życia. Było nią nawracanie ludzi, ukazywanie wspaniałości Boga.

Ojciec Bernard Łubieński (1846–1933) sprowadził na powrót do Polski redemptorystów – po długiej przerwie spowodowanej wypędzeniem ich przez cesarza Austrii. Jego pradziad, generał Feliks Łubieński i minister sprawiedliwości Księstwa Warszawskiego, w 1808 roku złożył podpis pod dekretem usuwającym „benonitów”, jak nazywano polskich redemptorystów (przewodził im o. Klemens Hofbauer – późniejszy święty; mieli swą siedzibę przy kościele św. Benona w Warszawie).
Łubieńscy byli jedną z najznakomitszych rodzin w II Rzeczypospolitej, niezwykła karta dziejów tej rodziny została zapisana podczas zaborów. Ojciec Bernard nigdy tych zasług nie podkreślał, ale znał cenę swego pochodzenia. Mawiał, że „po łasce Bożej największym darem Bożym jest dobre wychowanie”. Twierdził, że uniknął w swoim życiu wiele zła dzięki wychowaniu przez rodziców, którzy byli, jak mówił, trés distingués.
Niemal połowę życia spędził poza ojczyzną, ale jego patriotyzm i wyczucie sytuacji politycznej Polski były bez zarzutu. Nigdy nie splamił się naiwnym zaufaniem wobec Rosji. Pozostawił po sobie pamięć natchnionego kaznodziei i rekolekcjonisty, gorliwego spowiednika.

Wielkopański gest
Urodził się w 1846 r., roku rzezi galicyjskiej; była ona w jego pamięci tym potworniejsza, że widział na własne oczy „kwit urzędowy z orłem austriackim”, jaki jeden z zabójców, chłop galicyjski, otrzymał za zamordowanie pana; przechowywał ten dokument znajomy...
[pozostało do przeczytania 91% tekstu]
Dostęp do artykułów: