Wioseczka, którą upatrzył sobie Ojciec

Tej wioski nie znajdzie się na mapie Google. Nie ma jej także w żadnej znanej mi nawigacji GPS. Jest schowana przed wścibskim turystą chcącym cyknąć sobie selfie z przebranym w bambusowe wdzianko Papuasem. Znajduje się pod ochroną. I to nie byle jaką.

„Wyobraź sobie, że ci ludzie w samym środku buszu wybudowali to sanktuarium” – ojciec Józek jest wyraźnie szczęśliwy. Po chwili chwyta przebiegającego obok urwisa i rozkosznie drapie go po rozwianej czuprynie. Misjonarz jest w swoim żywiole. Nam zaś pokazuje, jak bardzo podziwia tych ludzi.
Na rozległym, wykarczowanym, piaszczystym placu stoi samotna świątynia. Nie jest wysoka. Białe ściany powysadzane są kamieniami, ma spadzisty dach, niewielki balkonowy taras nad głównym wejściem i charakterystyczny spiczasty dziubek na głównej fasadzie dopełniający wrażenie, że budynek będzie przypominać łódź. Długą i dość wąską. Z niewielkimi oknami. Metafora jest czytelna. Także dla Papuasów. To barka.

Mistyka wioski końca świata
To najdziwniejsza procesja, w jakiej kiedykolwiek uczestniczyłem. Wraz z dwójką polskich misjonarzy idziemy w kierunku Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Rukus. Dokoła nas kroczą prawdopodobnie wszyscy obecni w osadzie mieszkańcy. Orszak jest kompletnie nieuformowany. Dokoła biegają dzieci. Jedna z matek próbuje dogonić synka. Słychać głośne rozmowy. Ktoś się śmieje. Co rusz do tłumu spacerujących podbiega jakiś mężczyzna, aby podać rękę jednemu z kapłanów. Wszyscy są wyraźnie poruszeni. Widząc nową białą twarz, również chcą się przywitać, po czym dołączają do pozostałych idących w stronę świątyni.
Kościół rośnie w oczach. Dopiero teraz dostrzegam, że w niewielkiej odległości za powstającą budowlą zaczyna się strome wzgórze. W całości pokryte bujną roślinnością. Szybko odwracam wzrok. Z drugiej strony wioski jest podobnie. I z trzeciej. Jesteśmy więc w kotlinie. Pomiędzy trzema egzotycznymi górami. Buchającymi rozgrzaną od słońca...
[pozostało do przeczytania 82% tekstu]
Dostęp do artykułów: