Yu tingim? Czy teraz już rozumiesz?

Ta kraina fascynuje. Przynajmniej mnie. Człowieka zamkniętego w klatce uporządkowanego planowania. Wygodnie umocowanego we wszelkich schematach, mających dawać mi ułudę panowania nad wszystkim. Szczelnie wypełnionego czasu. Zwykle poświęcanego na zarabianie, rozwój, awans. Tutaj to totalna egzotyka. Tutaj się po prostu żyje. Jesteś głodny? Po prostu wyjdź z domu. – Wieźliście umarlaka. – Że co? – No, normalnie – Józek uśmiecha się, jakby właśnie opowiadał nam o tym, co dokładnie jadł dziś na śniadanie. – Mieliście w bagażu zmarłego. – Skąd to wiesz? – Właśnie się dowiedziałem. Z niewielkiego baraku robiącego za największe lotnisko całego interioru Papui Nowej Gwinei wynurzają się kolejni ludzie ubrani w białe szaty. W większości kobiety. Część ma zawieszone na szyjach wieńce z kolorowych kwiatów. Mimowolnie przychodzi mi na myśl skojarzenie z nakładaniem kwiatowych wieńców na szyje przybyszów na Hawaje. Tutaj jednak ma to raczej nieco inny symbol. – To prawdopodobnie członkowie jego klanu. Przyjechali oddać mu ostatnią przysługę – tłumaczy dalej Józek. – To typowe dla Papuasów. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, umarł tutejszy Big Man, Wielki Człowiek. To taki jakby wódz plemienia. Guru, mentor, dowódca – cierpliwie tłumaczy Józek. – Gdy umiera, zwykle z całej wyspy, ze wszystkich jej zakątków, przybywają krewni i członkowie klanu. Przywieźli go na jego rodzinne włości. Bo Big Mani to zwykle bogaci ludzie. W Europie powiedzielibyście, że to ktoś w rodzaju
     
11%
pozostało do przeczytania: 89%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze