Śmierć lepsza od skazy

„Gdyby Helenka nie była arystokratką, to byłaby prawdziwą artystką” – mówiła jej nauczycielka muzyki, jeszcze przed I wojną światową. „Tańczyć, śpiewać, grać, malować, pisać wiersze, deklamować…” – to było zawołanie jej lat dziecięcych. Tymczasem życie miało dla Heleny z Broel-Platerów Mycielskiej inny scenariusz. Nigdy jednak jej kodeks zasad życiowych nie uległ zmianie. Jak stoi w herbie rodu Platerów: Melior mors macula – Śmierć lepsza od skazy.

Pewnego razu, a było to w cieple majowe popołudnie, bawiliśmy się z Haneczką na ganku, obok liczni goście siedzieli w fotelach ogrodowych ustawionych na gazonie, a wszyscy spoglądali z zachwytem na wspaniałą perspektywę pięknie utrzymanego ogrodu i parku, na rząd palm i drzewek cytrynowych w wazonach wzdłuż alei oraz na kwitnący w dole sad. Łatały motyle, gdzieś z oddali, od strony wsi, słychać było rzewną muzykę weselną. Pachniały kwiaty, pachniała zieleń, śpiewały ptaki w parku. Było bogato i spokojnie. Któryś z gości recytował wiersze Kochanowskiego. Stary Władysław na wielkiej tacy roznosił ciastka i kawę. Nastała chwila ciszy, wszyscy trwali jakby w olśnieniu, niemym zachwycie, nieruchomo. Nagle Mama nieoczekiwanie powiedziała, jakby trochę do siebie: – To nie będzie trwało, nie można wierzyć w coś takiego, to nie jest normalne, to jest za piękne, to się skończy… – Co się skończy? – pytali ze zdumieniem bliżej siedzący. – To wszystko, co widzicie i czujecie w tej chwili – powiedziała cicho Mama”.
Był koniec lat 30. Zapamiętał to popołudnie Hieronim Mycielski, przytoczono jego słowa we wspomnieniach jego matki, Heleny z Broel-Platerów Mycielskiej (1906–2008), „Pośród klęsk i zwycięstw”. Opowieści skreślonej piórem spadkobierczyni tradycji starego rodu, której bohaterowie udowodnili swoim życiem, że czymś cenniejszym i bardziej twórczym niż arystokratyzm praw jest arystokratyzm obowiązków.
Jako dziewczynka i młoda panna, otoczoną czułością najbliższych i dostatkiem, mieszkanka...
[pozostało do przeczytania 91% tekstu]
Dostęp do artykułów: