Dżihad ante portas

Uważam, że relatywnie biedna Polska nie powinna wysyłać swoich oddziałów do Iraku i Syrii, aby zwalczały ISIS – tę ludobójczą, antychrześcijańską formację radykalnych muzułmanów. A jednocześnie myślę, że UE i NATO nie mogą wobec tego islamskiego wyzwania stać z bronią u nogi.

Czytam angielską i francuską prasę. Wspólny mianownik: zaskoczenie, żeby nie powiedzieć: szok, gdy chodzi o liczbę młodych obywateli Zjednoczonego Królestwa i Republiki, którzy podążają do Iraku i Syrii (wcześniej, dodajmy, Afganistanu), by walczyć po stronie islamskich fundamentalistów. To przeważnie Brytyjczycy i Francuzi arabskiego pochodzenia, których rodzice, dziadkowie wyznawali islam – i oni do niego wrócili tak bardzo, że aż się zachłysnęli. Ale przecież nie tylko. Zarówno bowiem w USA, jak i w krajach europejskich są też biali Anglosasi, wywodzący się z chrześcijańskich (przeważnie protestanckich) rodzin, którzy „nawrócili się” na islam i z gorliwością neofitów chcą zabijać „niewiernych”.  

Ostatnio amerykański „Newsweek” (ten polski zajmuje się, doprawdy, proszę wybaczyć, pierdołami) publikował nazwiska i wiek bardzo młodych Jankesów, którzy zaciągnęli się na służbę fanatycznych wyznawców Allaha lub też próbowali to uczynić, używając w USA języka nienawiści wobec ludzi innych religii niż ich muzułmańscy bracia. Wśród nich była też młoda kobieta. Jednak brytyjski Home Office, czyli tamtejsze MSW, podaje dane mówiące o setkach poddanych Jej Królewskiej Mości, którzy rzucają studia i pracę w Londynie, Manchesterze czy Yorkshire (największe skupiska muzułmanów w Zjednoczonym Królestwie) – aby wyjechać i walczyć w obronie już nie europejskich wartości i standardów, lecz kalifatu. Wspomniałem o owej Amerykance. Są też i inne, choćby w Europie, które w ramach tzw. sexdżihadu jadą służyć swoim ciałem islamskim bojownikom-frontowcom.

To nie jest problem mojego kraju, bo Rzeczpospolita – jeden z sześciu najbiedniejszych krajów Unii...
[pozostało do przeczytania 49% tekstu]
Dostęp do artykułów: