Pozostał nam tylko bunt

Nie możemy być bierni, bo rządowi Donalda Tuska właśnie o to chodzi – o naszą uległość, bo to ona zapewnia rządzącym bezkarność. Jeśli będziemy narzekać w domu, ewentualnie na forach internetowych, to nic się nie zmieni. To, co nas boli, musimy wykrzyczeć temu rządowi w twarz – mówi przewodniczący NSZZ „Solidarność” Piotr Duda w rozmowie z Magdaleną Michalską.

Media kreują Pana na przywódcę antyrządowej rewolucji. Aspiruje Pan do rangi jej symbolu?

Absolutnie nie. Robię to, co do mnie należy. Kiedy w 2010 r. podjąłem decyzję o kandydowaniu na stanowisko przewodniczącego NSZZ „Solidarność”, to powiedziałem sobie, że jeśli wygram, to będę czynić wszystko, co się da, aby pracownikom w naszym kraju żyło się lepiej. I tak właśnie robię, nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Zostałem do tego zobowiązany przez tych, którzy mnie wówczas wybrali. Nie zasługuję więc, by nazywać mnie symbolem rewolucji.

Mam wrażenie, że protest przeciw podwyższeniu wieku emerytalnego niemile zaskoczył Platformę. Politycy tej partii liczyli raczej na to, że z Panem będzie można się dogadać.

Faktycznie na początku niektórzy zarzucali mi nadmierną ugodowość; byłem nawet nazywany „człowiekiem Donalda Tuska”. A ja po prostu zawsze starałem się rozmawiać i usiłowałem załatwiać sprawy metodą negocjacji. Na takim stanowisku trzeba niekiedy zachowywać się umiarkowanie, bo to potrafi przynieść efekty. A ja jako przewodniczący chciałem być przede wszystkim skuteczny. Problem polega na tym, że z drugiej strony – ze strony rządu Donalda Tuska – nie ma woli do rozmów. Dla premiera dialog ze związkami zawodowymi wygląda tak, że on nas informuje, jakie rozwiązania zamierza wprowadzić w sprawach pracowniczych. Przykładem była np. wspomniana ustawa emerytalna czy ta dotycząca elastycznego czasu pracy. I zdaniem Donalda Tuska my powinniśmy się na taką formę „rozmów” bez słowa godzić.

Wobec takiego postawienia sprawy nie...
[pozostało do przeczytania 88% tekstu]
Dostęp do artykułów: