Duma bez uprzedzeń

Od niepamiętnych czasów, gdy wróg próbował unicestwić jakiś naród, dobrze wiedział, że nie wystarczy podbić jego terytorium, wyrżnąć mu elitę, trzeba też pozbawić go dumy. Stosowali tę metodę Rzymianie choćby przez organizowanie „tryumfów” zwycięskich wodzów, w czasie których pokonani kroczyli w pohańbieniu i byli przeważnie traceni. Wraz z upokorzonymi i przegranymi ginęła ich legenda.

Gorzej, jeśli my sami rozmontowujemy wspólnotę, której jednym ze spoiw są mity, pamięć o bohaterach i minionych zwycięstwach. Często dokonują tego zdrajcy lub agenci (jak ikona postępowców – Brzozowski), kiedy indziej frustraci, jak upaćkany w swych dewiacjach i fobiach Gombrowicz lub ludzie z racji swych rodowodów nienawidzący polskości do cna. Oczywiście postępuje w ślad za nimi rzesza użytecznych idiotów, przekonanych (często nie bezzasadnie), że plucie we własne gniazdo da im kasę i popularność.

Żeby było jasne – nie uważam, żeby w naszej historii istniały tematy tabu. Bogactwo i różnorodność życia powodują, że w każdej postaci lub zdarzaniu można znaleźć elementy pozytywne i negatywne. Bez większego trudu można opisać księcia Józefa Poniatowskiego jako dziwkarza, Kościuszkę jako hamletyzującego mięczaka czy późnego Jagiełłę obsadzić w roli safandułowatego rogacza. Czy oznacza to jednak odebranie im Raszyna, Racławic i Grunwaldu? A gdyby jednak to się udało? Kim byśmy byli? Nie jest przypadkiem, że najwspanialsze dzieła naszego ducha powstawały w trakcie nocy niedoli, a czas PRL-owskiego skundlenia dał Karola Wojtyłę i jego wielomilionową owczarnię – „Solidarność”.

Zapewne wszyscy pozostali twórcy (może z wyjątkiem trzech wieszczów) zrobili mniej dla polskiej świadomości narodowej niż samodwój Matejko i Sienkiewicz, za co miernoty i dobrze opłacani zoilowie kąsali ich bez umiaru. Podobnie rzecz się miała z Piłsudskim opluwanym stale przez ludzi niedorastających mu do pięt.

Rzecz jasna, nie chce tu propagować mitu „bezgrzesznej...
[pozostało do przeczytania 49% tekstu]
Dostęp do artykułów: