Duma bez uprzedzeń

Od niepamiętnych czasów, gdy wróg próbował unicestwić jakiś naród, dobrze wiedział, że nie wystarczy podbić jego terytorium, wyrżnąć mu elitę, trzeba też pozbawić go dumy. Stosowali tę metodę Rzymianie choćby przez organizowanie „tryumfów” zwycięskich wodzów, w czasie których pokonani kroczyli w pohańbieniu i byli przeważnie traceni. Wraz z upokorzonymi i przegranymi ginęła ich legenda. Gorzej, jeśli my sami rozmontowujemy wspólnotę, której jednym ze spoiw są mity, pamięć o bohaterach i minionych zwycięstwach. Często dokonują tego zdrajcy lub agenci (jak ikona postępowców – Brzozowski), kiedy indziej frustraci, jak upaćkany w swych dewiacjach i fobiach Gombrowicz lub ludzie z racji swych rodowodów nienawidzący polskości do cna. Oczywiście postępuje w ślad za nimi rzesza użytecznych idiotów, przekonanych (często nie bezzasadnie), że plucie we własne gniazdo da im kasę i popularność. Żeby było jasne – nie uważam, żeby w naszej historii istniały tematy tabu. Bogactwo i różnorodność życia powodują, że w każdej postaci lub zdarzaniu można znaleźć elementy pozytywne i negatywne. Bez większego trudu można opisać księcia Józefa Poniatowskiego jako dziwkarza, Kościuszkę jako hamletyzującego mięczaka czy późnego Jagiełłę obsadzić w roli safandułowatego rogacza. Czy oznacza to jednak odebranie im Raszyna, Racławic i Grunwaldu? A gdyby jednak to się udało? Kim byśmy byli? Nie jest przypadkiem, że najwspanialsze dzieła naszego ducha powstawały w trakcie nocy niedoli, a czas PRL-owskiego
     
35%
pozostało do przeczytania: 65%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze