Absurd wiecznie żywy, czyli od królestwa absurdu do republiki nonsensu

Dzisiejszy absurd jest o wiele groźniejszy niż z lat marksizmu-bareizmu. Bohaterowie walki z komuną często klepią biedę, a byli esbecy, cenzorzy, lektorzy i tajni donosiciele opływają w luksusy, które dziedzicznie przechodzą na kolejne pokolenia. Do więzienia można pójść za nielegalne odłowienie płotki, grube ryby mogą zagarniać miliardy i uchodzi im to płazem. Wedle obiegowej opinii mieszkańców żyjących między Bugiem a Odrą PRL był królestwem absurdu. W głośnym spektaklu Studenckiego Teatru Satyryków z 1968 r. kluczowe dla całego widowiska zdanie brzmiało: „Kochany Panie Ionesco, nazywają Pana królem absurdu, ale u nas to nawet za pazia byś się Pan nie ostał. To, co Pan godzinami, w skupieniu za biurkiem wymyślasz, u nas byle dyrektor, nawet wykształcony, robi od niechcenia”.Na niedobory „stacz kolejkowy” Żyliśmy w kraju notorycznych niedoborów, królestwie buraka cukrowego, w którym cukier musiał być na kartki, w światowym mocarstwie węglowym, z ustawicznymi niedoborami węgla w elektrowniach (jak pysznie śpiewał wówczas Staszek Klawe: „Gaście światło, obywatele – elektrownie czekają na prąd”) i potęgą produkującą zboże, która musiała importować pszenicę z Kanady. Byliśmy krajem ludzi kształcących się ustawicznie i dokształcających się permanentnie, rządzonym przez półgłówków i ćwierćinteligentów. System ten trafnie nazwał Stefan Kisielewski „Skandaliczną dyktaturą ciemniaków”. I oberwał za trafność stwierdzenia po gębie. Skądinąd, oficjalna nazwa
     
15%
pozostało do przeczytania: 85%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze