Co innego widzę, co innego słyszę

Z aktorem Jerzym Zelnikiem rozmawia Magdalena Michalska.

Dziś propaganda jest subtelniejsza niż w PRL, wszystko przeprowadza się w sposób zdecydowanie bardziej przewrotny, inteligentny, wręcz diabelski. Stosowana jest taka metoda goebbelsowska, czyli mówienie półprawd. To wsiąka w ludzi. I ja potem jestem przerażony, kiedy widzę nawet inteligentne osoby, które kiwają głową ze zrozumieniem, gdy Adam Michnik mówi o faszyzmie PiS.

Niedługo będzie Pan obchodził 50-lecie swojej pracy zawodowej. Występował Pan zarówno w PRL, jak i w czasach po transformacji. Jak ta zmiana wpłynęła na pracę aktora?

Paradoksalnie Polska Ludowa była zdecydowanie bardziej ideowa. Nie mówię tu oczywiście o władzy, ale o ludziach. W większości także o nas, aktorach. Bawiliśmy się w omijanie cenzury, starając się przemycać w sztukach teatralnych rozmaite treści patriotyczne i komentarz do aktualnych wydarzeń społeczno-politycznych. Na przykład w stanie wojennym wystawialiśmy w Teatrze Powszechnym spektakl „Upadek”, opowiadający o rewolucji francuskiej. Graliśmy tak, że publiczność świetnie wiedziała, iż uwagi na temat dyktatury są aluzjami do panującego w Polsce systemu władzy. Ludzie reagowali bardzo przychylnie, świetnie odczytywali takie niuanse.

W 1980 r. grał Pan cara w „Kordianie” w reżyserii Bohdana Cybulskiego. To też była gra z cenzurą?

Tak, tu można przytoczyć szereg takich sytuacji, te zabawy zresztą kończyły się dla nas różnie. To były takie niebezpieczne gry, które groziły załamaniem się normalnego toku kariery, brakiem pracy. Zaczynałem przygodę ze sceną w 1968 r., w krakowskim Teatrze Starym. Tam na dwa lata zdjęto z afisza Zygmuntowi Hübnerowi trzy sztuki, właśnie dlatego, że nie podobały się cenzurze. Przyczyny były oczywiście polityczne; te utwory aluzyjnie odnosiły się do rzeczywistości. Hübner uniósł się honorem i stwierdził, że nie będzie służył władzy, więc odchodzi z teatru. Ja...
[pozostało do przeczytania 85% tekstu]
Dostęp do artykułów: