Legendy marokańskiego wesela

– Mogą sobie gadać. Ale ja i tak swoje wiem. Zresztą, wszyscy to wiemy. Powiedzmy sobie szczerze. Każda z nich pragnie przynajmniej raz w życiu pobyć księżniczką. Przynajmniej raz… – przez chwilę widać, jak kąciki jego ust delikatnie się unoszą. Faktycznie, ma facet rację. Tutaj, na marokańskim weselu, może wydarzyć się wiele naprawdę dziwnych rzeczy.Jedno z wielu „wejść” młodej pary tego wieczoru Szofer otwiera mu drzwi. Z samochodu wychodzi pierwszy. A zaraz za nim jego kobieta. Pewno żona. A może córka? Młoda dziewczyna. Ubrana w długą, zieloną suknię. Z pozłacanymi bransoletami na przedramieniu. On w wystawnym garniturze. Z eleganckim zegarkiem na nadgarstku. Oboje są już na ulicy. Samochód cicho odjeżdża, a para udaje się w kierunku wejścia. Przekraczają furtkę gościńca. I momentalnie się zaczyna. – „Ooohheee-eeee hooo jeee sooobonnn-eeee oooo eeee! – wyje pięć kobiet. Niczym pogrzebowe płaczki. Z tą różnicą, że te mają zgoła inną rolę. Mają radośnie witać każdego z przychodzących gości. Usadowione przy samym wejściu. Ubrane w niebieskie suknie. Uważnie przyglądają się każdemu z wchodzących do sali bankietowej. Gdy tylko pojawia się elegancka para, zaczynają jeszcze raz. – Ooohheee-eeee! Nie są w tym odosobnione. Obok nich siedzi ośmiu mężczyzn. Każdy na białym metalowym krzesełku. Z instrumentami w dłoniach. Wyposażeni w bębny, werble, piszczałki. I – rzecz jasna – mocne męskie głosy. Gdy tylko w bramie gościńca pojawia się nowy gość, cały zespół
     
5%
pozostało do przeczytania: 95%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze