Uśmiech, któremu nie wolno ufać

Nie ma drugiego azjatyckiego narodu, którego dotknęłaby podobna tragedia. Kiedy brat mordował brata. Kiedy ze słownika języka khmerskiego wykreślono słowo „litość”. Kiedy śmierć bezczelnie wpraszała się do każdego domu. Kiedy zaglądała do każdej chaty. Do każdego pokoju. Widać ich wszędzie. Ciemny bluszcz osaczający brązową korę gęstych drzew kambodżańskiej dżungli sprawia, że widok jest jeszcze bardziej porażający. Ludzie skuleni w sobie. Jedni obok drugich. Już nie ufni. Z jednej strony, zdani na siebie nawzajem. Z drugiej, wiedzący, że ten obok może okazać się zdrajcą. Kimś, przez kogo nie ujrzą już jutrzejszego wschodu słońca. Pola śmierci. Żniwo szatana. Cuchnąca beznadzieją rzeczywistość  Kambodży 1975 r. Ferment rozkładających się ciał jest tak nieznośny, że płoszy nawet dzikie zwierzęta. Te wszystkie, dla których do niedawna dżungla stanowiła enklawę ciszy i spokoju. Enklawę, w którą nikt nie miał śmiałości wejść. Nikomu nie starczało odwagi. Bał się każdy. Dziś jednak strach przyszedł z zupełnie innej strony. Z tej, z której żaden z nich się nie spodziewał. Nieruchomy chłopiec skulony nad swoimi odchodami. Obok drugi. Z nieruchomymi źrenicami utkwionymi w jakiś punkt. Jego już tutaj nie ma. Nie żyje. Niewiele dalej kobieta z rozedrganym od słońca ciałem. Znieruchomiała i zobojętniała. Wysuszone ręce. Wysuszona skóra. I przeszywający strach. Ile jeszcze?Nad największym jeziorem Kambodży, Tonle Sap Kroki. Idą. Ostrożnie i z uwagą. Nie chcą ich
     
5%
pozostało do przeczytania: 95%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze