Europa, teren misyjsny

Cywilizacyjny regres

Przyjrzyjmy się miejscom, gdzie trafili współcześni misjonarze. Miasto Chemnitz w Niemczech. Niegdyś protestanckie, dziś ateistyczne. W NRD nazywało się Karl-Marx-Stadt i miało być sztandarowym ośrodkiem komunizmu. System, co prawda, upadł, ale pozostawił po sobie spustoszenia duchowe. W efekcie w tym ćwierćmilionowym mieście ochrzczonych jest dziś zaledwie kilka procent mieszkańców.

Almere w Holandii jeszcze 40 lat temu nie widniało na żadnych mapach. Zostało wydarte morzu. Jego wznoszenie rozpoczęto w 1976 r., a dziś zamieszkuje je około 220 tys. ludzi. Jest siódmym co do wielkości miastem w Holandii. Ponieważ budowa przypadła na lata silnej sekularyzacji, w Almere nie powstał żaden kościół.

Marsylia we Francji wydała wielu wybitnych ludzi Kościoła: od św. Honorata w V wieku do św. Eugeniusza de Mazenoda w XIX stuleciu. Dziś 45 proc. mieszkańców miasta stanowią muzułmanie. Są dzielnice niemal w całości zamieszkane przez wyznawców islamu. Meczety gromadzą tam więcej ludzi niż kościoły.

W takie właśnie miejsca jadą współcześni misjonarze, głównie ludzie świeccy. Ich celem jest plantatio Ecclesiae, czyli założenie wspólnoty Kościoła tam, gdzie go jeszcze (lub raczej już) nie ma. Zdarza się, że niekiedy współpracują blisko z czarnoskórymi duchownymi pochodzącymi z byłych kolonii europejskich. Dziś role się odwróciły. Jeszcze 100 lat temu biali księża jeździli z Belgii do Kongo, z Francji do Kamerunu, z Wielkiej Brytanii do Ugandy. Obecnie to murzyńscy kapłani przybywają na Stary Kontynent, by w liczących setki lat diecezjach podtrzymywać ledwie tlącą się wiarę.

Jednym z duchownych, który często przyjeżdża do Europy, by prowadzić ewangelizację, jest ks. John Bashobora z Ugandy. Zauważa on, iż niegdyś Europejczycy przybywali do Afryki i uczyli czarnoskórych, że cywilizowany człowiek nie robi sobie tatuaży i nie nosi ponakłuwanych w całe ciało kolczyków. Jest to bowiem...
[pozostało do przeczytania 70% tekstu]
Dostęp do artykułów: