Z anakondą o jej włości

Jadą we dwóch już dobre dwie godziny. A to przecież znacznie więcej niż zwykle. W normalnych warunkach jego mustang pokonywał tę trasę w góra 30 min. Jednak nie dziś. Lało całą noc. Bezustannie. Znak, że pora deszczowa zaczęła się na dobre.Llanero, czyli południowowenezuelski kowboj – Mierda!!! – powtarza głośniej Marcos. Od kilkudziesięciu minut nie powiedział do swego konia innego słowa. Jest już naprawdę bardzo zdenerwowany. Zdejmuje na chwilę kapelusz, aby przetrzeć chustą mokre, przetłuszczone włosy. Strużka potu wymyka się zza ucha. Prędko mknie po nieogolonym poliku, by po chwili zawisnąć na krawędzi brody. Kowboj nie ma już cierpliwości, by znów ją ocierać. Jest coraz bardziej przerażony. Przecież powinien być już w domu przynajmniej od dwóch godzin. Tam, gdzie czeka na niego jego upragniony hamak. Pochyla się, by pogładzić dłonią łeb ukochanego konia. Wie, że ten boi się nie mniej niż on. Tym bardziej, że sam świeżo ma w pamięci przygodę sprzed roku. Gdy to brodzący koń skaleczył się o ukryty pod taflą kolczasty drut od ogrodzenia. Zranione kopyto zaczęło momentalnie krwawić. Nie minęło kilka minut, gdy wokoło pojawiły się sporych rozmiarów, chlupoczące ryby. – Piranie! Ja pierd...! – Marcos nie zdążył krzyknąć, gdy koń zaczął wierzgać z bólu. Ławica krwiożerczych ryb co chwila atakowała otwartą ranę najwierniejszego przyjaciela kowboja. Mocno pociągając za lejce, postawił konia na dwie tylne nogi i obracając w przeciwnym kierunku, nakazał pędzić
     
14%
pozostało do przeczytania: 86%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze