Na strychu Podniebnego Królestwa

Ofiara składana ku czci bogów. Jeszcze kilka ostrzejszych szarpnięć. Koniec. Agonia. I kałuża krwi Stara Nepalka nie czeka ani chwili dłużej. Szybko zdejmuje z czoła opaskę przytrzymującą dźwigany na plecach wielki kosz z kamieniami. Kobiecina wspina się z tym już jakiś czas. Widziałem ją od około 20 minut. Odkąd wyszedłem z wioski i zacząłem schodzić w kierunku rzeki. Po krawędzi stoku. Czyniąc coraz to szersze zakosy. Była tak skoncentrowana, że w ogóle mnie nie zauważyła. Dopiero teraz, podczas mijania. Akurat miałem przerwę w wędrówce. Baton w jednej dłoni. Aparat fotograficzny w drugiej. I te jej rozbawione oczy mówiące „mogę?”. Wór pełen kamieni zdjęty. Można przymierzyć to dziwacznie wyglądające ustrojstwo. Mój plecak. – Uchchchchchch – wzdycha, zarzucając na ramię. Po chwili rezygnuje i wybucha śmiechem. – Chahanchhu – wydaje z siebie po chwili, wskazując na swój wór z kamieniami. Chyba zrozumiałem. Zdaje się, że pani woli jednak swój bagaż. Dlaczego, zaczynając pisać o Nepalu, przywołuję właśnie tę scenkę? Bo mam nieodparte wrażenie, że tutejszym ludziom dobrze jest, jak jest. Przebywając wśród nich, przekonałem się, czym jest przywiązanie do tego, co rodzime. I jak mocny trzeba mieć charakter, aby nieprzerwanie tutaj siedzieć. Nie emigrować na dół, do miast. Tylko żyć w tym miejscu, gdzie się wszystko zaczęło. Kamienne domki. Najbliższe ujęcie wody znajdujące się półtora kilometra w dół, przy potoku. No, chyba że spadnie śnieg. Wówczas można go
     
14%
pozostało do przeczytania: 86%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze