POST

Być może zresztą nastąpi to wcześniej.

Cywilizacja użycia, jednostkowej przyjemności, odrzucająca przymus i twardą szkołę egzystencji, redukująca instynkt walki miałaby jakieś szanse, gdyby była sama na tej planecie. Ale wbrew deklaracjom i zaklęciom historia wcale się nie skończyła (może dla naszej rasy)  i istnieje mnóstwo ewentualności – na marginesach, które niedługo zaleją centrum strony, czają się całe wielkie kultury, gdzie rodzina nadal jest podstawą, podobnie jak religia, a tolerancja, prawa kobiet czy w ogóle pojęcie jednostki zdają się trudno wyobrażalną fanaberią.

Ale może nie trzeba czekać na Arabów lub Chińczyków.

Od lat próbuję napisać futurologiczną powieść o końcu naszego świata. Ciągle mi się nie udaje – a to odrywa mnie jakiś temat na dziś (koniec świata może przecież poczekać) albo znów to, co napisałem, po pewnym czasie przestaje mnie satysfakcjonować. Może ów samokrytycyzm wynika z podświadomego lęku przed przyszłością, zbyt straszną do przyjęcia przez nałogowego optymistę. Tym straszniejszą, że prawdopodobną.

Zwłaszcza że do apokalipsy nie potrzeba wcale uderzenia planetoidy, wybuchów wulkanów, które pokryją świat kożuchem chmur, odwrócenia biegunów, globalnego tsunami czy wojny nuklearnej.

Koniec polegający na uwiądzie już trwa, ale można przyspieszyć go w sposób bardziej spektakularny. Wyobraźmy sobie na przykład globalny zawał energetyczny – ktoś celowo lub przypadkiem wyłącza światło – czy jesteśmy w stanie poradzić sobie bez energii elektrycznej?

Jeszcze gorsza byłaby awaria elektromagnetyczna w skali globu– nagle znikają wszystkie dane komputerowe i na trwałe przestaje funkcjonować wszechobecna dziś elektronika, stają samochody i rozruszniki serca, spadają samoloty, milkną media... Kto przeżyje w wielkich, ziemnych miastach, gdzie większość mieszkańców nie potrafi już zrobić nic konkretnego, bo specjalizowała się w marketingu, handlu, usługach i administracji... Nie...
[pozostało do przeczytania 50% tekstu]
Dostęp do artykułów: