MIASTO ZAGINIONE

Pozostałości po inkaskich chatach Oto właśnie początek zderzenia z wielkim problemem, jakim dla niskobudżetowych podróżników jest dostanie się do jednego z siedmiu cudów świata. Machu Picchu to dźwignia napędzająca całą turystyczną gałąź peruwiańskiej gospodarki. Na inkaskim mieście zarabiają wszyscy. Ministerstwo Kultury, windujące ceny biletów wstępu do archeologicznego muzeum do niebotycznego poziomu 124 soli (około 120 zł). Kolejka, zwana „Inca Rail”, wożąca turystów z Cuzco do Aguas Calientes, miasteczka stanowiącego bazę wypadową do inkaskich ruin. Wreszcie wszyscy handlarze pamiątkami, hotelarze, restauratorzy. Machu Picchu jest dla nich prawdziwą żyłą złota. Ollantayta… Coś tam… – Jeśli zależy ci na czasie, jedź z Cuzco. Ale to faktycznie drogo wyjdzie – mówi lakonicznie młodzieniec, który stoi za mną w kolejce. Widząc w nim jedyną mą nadzieję, zapraszam na szklaneczkę Inka Coli, tutejszego narodowego smakołyku. – I naprawdę nie da się taniej? – pytam z nadzieją, zamawiając w przydrożnym barze dwie butelki żółciutkiej oranżady. – Jest jeszcze jedna opcja. Nieco obniżająca koszty. – No, no, gadaj, chłopie. Chcesz jeszcze jedną butelkę? – żartuję. – Przestań, wystarczy. Otóż istnieje opcja dojechania do miejscowości Ollantaytambo. – Yyyy… Możesz powtórzyć? – To popularna mieścina. Ollantaytambo. Na pewno znajdziesz na mapie. – I co dalej? Stamtąd już do Machu Picchu? – pytam zniecierpliwiony. – Wal na piechotę. Daleko nie masz – wtrąca się nagle
     
15%
pozostało do przeczytania: 85%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze