Zobaczyć Buenos i... uśmiechnąć się



– Wyobraź sobie, że u nas, w Polsce, obowiązuje nakaz jazdy na światłach przez całą dobę – próbuję zagadnąć kierowcę. – U nas też! – odpowiada rozbawiony. Wokoło nie zauważyłem żadnego samochodu na światłach. Taki przepis. Kto by się przejmował.

Wciąż wspominam sytuację sprzed 15 minut, kiedy pakowaliśmy się do samochodu zaparkowanego w pobliżu turystycznej ulicy Defendi. I nie chodzi mi wcale o przepychanie zderzakiem innych aut stojących na parkingu, by zmieścić swoje. To już widziałem w Neapolu. Chodzi o pana „pilnującego” parkingu. Wchodzimy pospiesznie do auta, gdyż kierowca nie ma zamiaru mu płacić. Wyjeżdżamy byle szybciej. Pilnujący, potężnie zbudowany mężczyzna, nie daje jednak za wygraną. Rozpoczyna pogoń. Jest coraz bliżej. Tak blisko, że można wyczytać z jego twarzy, iż jest bardzo niezadowolony. Kierowca dodaje gazu, a tu... czerwone światło. Dziewczyny na tylnych miejscach (część siedzi w bagażniku kombi – to tutaj oczywiste) krzyczą, że zaraz ten nieciekawy pan tu będzie. Cóż... kierowca rusza, a to, że na największym skrzyżowaniu 12-milionowej aglomeracji przejeżdżamy na czerwonym, należy już przemilczeć. Żyjemy. To się liczy.

W poszukiwaniu peso

Buenos Aires to miasto inne niż pozostałe aglomeracje Argentyny. Kto tu przyjedzie, nie może powiedzieć, że zobaczył Argentynę. Ujrzał mieszankę amerykańskiego Brooklynu, neapolitańskiego bałaganu, argentyńskiego tanga oraz paryskiego stylu architektonicznego.

W zespole miejskim Buenos żyje 12 mln ludzi. To tak, jakbyśmy do Warszawy spróbowali sprowadzić jedną trzecią mieszkańców Polski. Przejazd z jednego krańca miasta na drugi trwa tyle, ile podróż z Warszawy do Augustowa. Tłok daje się odczuć na ulicach, w parkach, na deptakach. Nie stanowi to jednak problemu. Dla przybywającego tu gringo jest to raczej pewnego rodzaju egzotyka.

Jak przetrwać? Zacznijmy od podstawy, którą trzeba opanować do perfekcji, by poruszać się...
[pozostało do przeczytania 75% tekstu]
Dostęp do artykułów: