Moja wrogość wobec Kościoła katolickiego

Do 30. roku życia byłem zaciekłym antyklerykałem. Ta postawa była łagodzona stosunkiem Kościoła wobec komunizmu – systemu i ideologii, której nienawidziłem od kołyski (rodzina mojego ojca, i On sam, została przez Sowietów wywieziona do Kazachstanu zaraz po wkroczeniu Armii Czerwonej – zgodnie z ustaleniami paktu Ribbentrop–Mołotow – na wschodnie tereny Polski; większość moich krewnych tam zesłanych zmarła w CCCP, a ojciec przedostał się do armii Andersa). Jednak sama doktryna chrześcijańska była dla mnie zupełnie niezrozumiała i nielogiczna. Stała się dla mnie wygodnym chłopcem do bicia. Łatwo można się przecież popisywać wynajdywaniem rzekomych sprzeczności w Piśmie Świętym, fascynować przeróżnymi „Kodami Leonarda”, zarzucać duchownym rozmaite przewiny – kto jest od nich wolny? – wyśmiewać „skostnienie” i „wstecznictwo”, „represyjne” normy moralne i „zamordyzm” Kościoła. Czy Bóg wszechmogący może stworzyć kamień tak ciężki, że sam nie będzie w stanie go podnieść? – w gromadzeniu takich marnych, antyklerykalnych i antychrześcijańskich bon motów się specjalizowałem. Kolekcjonowałem „literaturę” w rodzaju „Dzieci papieży”, produkowaną przez szmatławe wydawnictwa i instytucje w typie Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej. * * * Takie i podobne działania zapewniały mi komfort psychiczny. Poczucie wyższości wobec ludzi zaangażowanych religijnie. Nie rozumiejąc nic z przekazu Pisma Świętego, „wiedziałem”, że to zabobon i „opium dla mas”. Mój antyklerykalizm osiągnął ekstremum
     
28%
pozostało do przeczytania: 72%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze