Inne oblicze Ameryki

Ucieczka w religię

Scenariusz Webera sprawdził się w Europie Zachodniej, ale okazał się nietrafny w przypadku Stanów Zjednoczonych. Pokazują to dobrze statystyki praktyk religijnych. W 1930 r. co niedzielę do kościołów uczęszczało 43 proc. obywateli USA, w 1940 r. – 49 proc., w 1950 r. – 55 proc, a w 1960 r. – już 69 proc.

Dla wielu badaczy stanowi to prawdziwą zagadkę. Na przykład bostoński socjolog, Richard Sennett, uważa, że religijność Amerykanów jest ucieczką przed niepewnością i bezwzględnością kapitalizmu oraz kompensacją niedostatków życia społecznego. Gdyby jednak rzeczywiście tak było, to najwięcej ludzi powinno chodzić do kościoła w czasach Wielkiego Kryzysu na początku lat 30., a najmniej w okresie dobrej koniunktury gospodarczej lat 60. – tymczasem statystyki są odwrotne. W sennettowskiej wizji Amerykanie przypominają nieco Rosjan, którzy też kompensują sobie braki w życiu codziennym, tyle że ucieczką nie w religię, ale w marzenia o mocarstwowym statusie państwa. Podobny sposób myślenia pojawił się też w jednym z przemówień Baracka Obamy, z którego wynikało, że źródłem reli-
gijności jest osobiste nieszczęście i frustracja.

Z kolei chicagowski naukowiec, Mark Lilla, gdy chce znaleźć analogię dla politycznego języka prezydenta USA, George’a W. Busha, to sięga po porównanie do przywódcy Iranu, Ahmadineżada. Twierdzenia Busha mówiącego, że jest „nowo narodzony w Jezusie” i że to Bóg zlecił mu misję stania na czele Stanów Zjednoczonych, traktowane są jako przejaw fundamentalizmu, pokrewnego radykalizmowi islamskiemu.

Polityków przymierze z Bogiem

Religijna retoryka obecnego lokatora Białego Domu wpisuje się doskonale w amerykańską tradycję polityczną. Wystarczy sięgnąć po przemówienia polityka uznawanego powszechnie – zarówno w obozie republikanów, jak i demokratów – za najwybitniejszego prezydenta w historii USA: Abrahama Lincolna. Oto fragment jego zapisków...
[pozostało do przeczytania 78% tekstu]
Dostęp do artykułów: