Obsesyjna wartość europejska

Anglia nie była w stanie wojny z Ameryką, ale antyamerykanizm po 1945 r. kwitł tam bujnie. „Nikt w Europie nie wierzy w amerykański styl życia, w tzw. prywatną przedsiębiorczość. Ci, co wierzą, są partią przegranych, przegranych raz na zawsze” – zapewniał słuchaczy BBC znany historyk, A.J.P. Taylor (1945 r.).

Zdaniem czołowych intelektualistów, tych „umiarkowanych”, Wielka Brytania powinna wybrać „trzecią drogę” (coś na podobieństwo dzisiejszej niemieckiej drogi) między ZSRR a jednym wszakże eksponentem „kapitalizmu” – Ameryką. O demokracji nie wspominali. A mniej umiarkowani żywili, niczym Sartre w Paryżu, ogromną niechęć do Ameryki, a nie odczuwali żadnej wobec Sowietów Stalina.

Teza o co najwyżej moralnej równoważności między reakcyjnym, zbankrutowanym systemem amerykańskim a sowietyzmem była wtedy bardziej rozpowszechniona niż później, w czasie zdrady demokracji na rzecz kontrkulturowej barbarii (przełom lat 60. i 70.).

Rządy w końcu zrozumiały, że dogadanie się ze Stalinem w grę nie wchodzi, nawet o neutralności nie ma mowy, i to one poprosiły USA, by wbrew zapowiedziom Roosevelta nie wycofywały wojska z Europy.

Przyjęły też, mimo protestów rodzimych komunistów (twierdzących, że jest to forma zniewolenia), Plan Marshalla. Ale ani jedno, ani drugie nie miało żadnego związku z jakimkolwiek proamerykanizmem ani nawet z wdzięcznością.

Jednak, zanim przeniesiemy się w czasy współczesne, chciałoby się zapytać, jak by wyglądała dzisiaj ludzkość, gdyby nie jej „wróg”, Ameryka?

Guzik byście zbudowali, a nie Europejską Wspólnotę. Francja i Niemcy (a zapewne nie tylko one) stałyby się komunistyczne. Berlin byłby jeden – ten Wschodni. Jedynie dzięki zwycięstwu w pierwszych wyborach, popieranych przez Amerykanów chadeków, w Niemczech nie zapanował siermiężny socjalizm.

Można by też zauważyć, że ZSRR, i to całkiem mocny, istniałby dalej i powtórzyć, gdzie bylibyście teraz, gdyby nie „wróg...
[pozostało do przeczytania 81% tekstu]
Dostęp do artykułów: