Czerwiec 2008

Różnie próbowano (i próbuje się) wytłumaczyć reakcje, których dawne przykłady tu przytoczyłem. Jedne z wielu – także mniej odległych w czasie.

Mówi się, że byliśmy Ameryką zauroczeni, mit Ameryki czemuś właśnie na nas niesłychanie działał. Że chodziło o miłość (nieodwzajemnioną, pamiętajmy wszak o Jałcie) niemalże irracjonalną. A nawet, iż Ameryka jawiła się nam jako ziemia obiecana, do której rzekomo wszyscy pragnęli emigrować.

A mnie wydaje się, że to trochę nie tak. Ówcześni Polacy bystro wyczuli, że wyłącznie Ameryka może kiedykolwiek zdruzgotać potęgę Sowietów. Była jedyną nadzieją, ostatnią szansą. Jednocześnie była czymś, w naszym niedoskonałym świecie, jak najodleglejszym od Systemu. Potwierdzał to reżim, starając się zohydzić wyjątkowo właśnie Amerykę. I im bardziej to czynił, tym większą budziła sympatię. Te odczucia nakładały się na siebie. Były trafne. Słusznie odczytywano, że reszta Zachodu jest słaba, przeciwstawić się Sowietom niezdolna i niechętna. Wyczuwano, iż gazety reżimowe akurat nie kłamią. Kiedy pisały o stalinowskim tzw. Apelu Sztokholmskim, sygnowanym przez zachodnie tuzy, a to o osławionym prof. Joliot-Curie czy też o niesłychanie gęstym poprzetykaniu zachodnioeuropejskiego środowiska intelektualnego, co najmniej zwolennikami komunizmu.

Amerykańska cywilizacja ma wiele wad, braków i problemów. Dlatego bo mieć musi. Bo w świecie wszystko jest (i będzie) wysoce niedoskonałe. Absolutnie nie zamierzam jej idealizować. Nie byłoby to prawdziwe. Ani sensowne.

Więcej, to w Ameryce zrodziło się szereg współczesnych szaleństw (czemu znakomicie pomogli zresztą różni europejscy szalbierze typu Derridy – radzę przeczytać „Umysł zamknięty” Allana Blooma). Ale też tylko w Ameryce istnieją liczne grupy społeczne próbujące się tym szaleństwom przeciwstawić, łagodzące jego najbardziej kretyńskie przejawy.

Różnicę między Ameryką a zachodnią Europą można określić bardzo precyzyjnie. Oddaje ją zapis w...
[pozostało do przeczytania 54% tekstu]
Dostęp do artykułów: