Sport zamiast Zachodu

Poprzednie miesięczniki

Wspomnień, czasem dość barwnych, jeszcze wiele. A wspominki to ostatecznie przywilej oldboya. Jeśli komuś wydadzą się nudziarstwem, to przynajmniej nie politycznym. A to już coś. Weźmy Olimpiadę w Melbourne z roku 1956. Najnowsze wieści z niej docierały do mnie na ulicy. Dosłownie. Był to czas szczególny, igrzyska odbywały się niemal zaraz po październiku 1956. Wielce popularna wtedy w Warszawie popołudniówka „Express Wieczorny”, chcąc pokazać, jak się u nas zmieniło, przywróciła przedwojenną instytucję – ulicznych gazeciarzy. Każdego dnia w ruchliwych punktach miasta można było zdobyć późnym popołudniem specjalny dodatek olimpijski. Mieszkałem wtedy na warszawskiej Pradze. Jechałem do jej centrum, kupowałem od chłopca to 4-stronicowe wydanie i długo kręcąc się po ulicach – studiowałem. Te dodatki, jakby wyjęte wprost spod prasy, wydawały się wówczas niemal taką samą atrakcją, jaką później stała się telewizja. Pisano w nich nie tylko o triumfie Elżbiety Krzesińskiej w skoku w dal czy słynnym Januszu Sidło, który w ostatnim momencie konkursu stracił mistrzostwo i rekord świata na rzecz Norwega Egila Danielsena (jego rzut na odległość 85,71 metra pamiętam do dziś). Pisano nie tylko o niespodziewanych niepowodzeniach polskich bokserów czy zaskakującym triumfie w rzucie dyskiem młodego Amerykanina Al Oertera (wspominam o tym, bo wygrał on potem trzy kolejne olimpiady, a my doczekaliśmy się asa w tej dziedzinie). Dodatki zawierały nawet powieść sportową w odcinkach, a także
     
12%
pozostało do przeczytania: 88%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze