Europa z lotu ptaka

Traktat reformujący, nazywany też traktatem lizbońskim, zaistniał na chwilę w świadomości Europejczyków, wówczas gdy przywódcy państw członkowskich UE składali uroczysty podpis pod tym dokumentem. Nie robi na nikim wrażenia fakt jego ratyfikacji przez kolejne państwa. Również przez Francję, która odrzucając jego pierwowzór – traktat konstytucyjny – wywołała burzę w Europie. Nowy traktat prawie nie różni się od starego. Tak jak obecna UE nie różni się od tej sprzed roku, dwóch i 10 lat. Wprawdzie doszlusowały do niej nowe państwa z dawnego obozu komunistycznego, ale wbrew obawom elit brukselskich nie mają one większego wpływu na funkcjonowanie Unii, zarówno w wymiarze wewnętrznym, jak i zagranicznym.

Jedynie Polska w ciągu ubiegłych dwóch lat odegrała znaczącą rolę w decyzjach UE. Dziś odeszła od swoich priorytetów, rozmieniając się na drobne w epizodycznych i wyłącznie symbolicznych wydarzeniach o charakterze dyplomatycznym. Wizyty premiera Tuska i szefa MSZ w krajach Unii nie wniosły żadnych twórczych inicjatyw, w najlepszym wypadku potwierdziły przychylność partnerów dla nowej ekipy rządowej w Polsce. Ale jak to w polityce międzynarodowej bywa, ta przychylność nie jest dana na zawsze i może zamienić się w niechęć, gdy Polska wystąpi w obronie własnych interesów narodowych. Rząd Tuska bardzo nie chciałby tego robić, ważniejszy jest dla niego wizerunek własny niż ryzykowanie go dla spraw państwa.

To może rzeczywiście się podobać, bo działa uspokajająco na przywódców czołowych państw UE – ta ekipa nie jest w stanie nie tylko rządzić we własnym kraju, lecz uwikłana w zajadłą walkę polityczną z opozycją godzi się na wszystko, co przychodzi z Brukseli, byleby tylko nie wypaść z roli grzecznego chłopczyka. Takiego chłopczyka, który wywodząc się z niższych sfer, nieustannie zabiega o pochwały i cieszy się, kiedy ktoś powie, że wygląda na dziecko z dobrej rodziny.

Różny punkt widzenia

Patrząc na UE z lotu...
[pozostało do przeczytania 79% tekstu]
Dostęp do artykułów: