Wielka lustracja bajek – „Czerwony Kapturek”

– Mam 98 procent inwalidztwa – wycharczał Wilk i zaniósł się suchotniczym kaszlem.

– Rzuciłam się do ucieczki i w ostatniej chwili uratował mnie przejeżdżający tamtędy pan Alojzy, który pociągnął mnie do swojego malucha.

– Zaraz, zaraz, ja nigdy nie miałem malucha... – zaoponował Myśliwiec, byczek o sumiastym wąsie i czerstwej twarzy człowieka zżytego z przyrodą.

– No to może był garbus, w którym następnie żyliśmy długo i szczęśliwie.

– Długo tak, ale czy szczęśliwie? – Alojzy miał wątpliwości.

Prowadzący nie dał mu jednak skończyć i poprosił o zabranie głosu Ewelinę Babcię, kobietę w wieku przejrzałym, ze śladami minionej urody, a głównie na ubraniu.

– Pamięta pani, jak to było?

– Jak wczoraj – odparła Ewelina.

– No to proszę opowiedzieć.

– Kiedy akurat to, co było wczoraj, pamiętam najgorzej.

– I co w związku z tym? – zaniepokoił się Prowadzący.

– To jednak pamiętam doskonale. Owego 9 grudnia...

– 12 września! – poprawił Prowadzący.

– Nigdy nie miałam pamięci do dat – westchnęła Babcia. – No więc mój wierny przyjaciel Teodor Wilk ostrzegł mnie tego dnia o zdradzie, jakiej dopuściła się kolporterka „Kapturek”, wydając nasz lokal Milicji Obywatelskiej.

– Tak było! – skwapliwie przytaknął Wilk.

– Kłamstwo! – krzyknęła pani „Kapturek”.

Babcia chyba nie dosłyszała, albowiem kontynuowała relację:

– Udało mi się uciec przez zieloną granicę na emigrację, skąd wróciłam po latach jako prezes spółki polonijnej Babcia and Co.

– A ja – do mikrofonu dorwał się Teodor Wilk – pozostałem w lokalu, aby ostrzegać opozycjonistów przed zasadzką.

Potwierdzeniem moich najgorszych obaw było pojawienie się „Kapturka” w towarzystwie majora Myśliwca, który mnie skatował i oddał w ręce organów.

– Chwila moment – Myśliwiec poderwał się na równe nogi. – Nie...
[pozostało do przeczytania 44% tekstu]
Dostęp do artykułów: