Styczeń 2009

Wbrew modnym twierdzeniom uważam, że postulat okręgów jednomandatowych nie musi być wszechstronnym lekarstwem. Czy obecny Senat różni się zasadniczo od Sejmu? Czy takie rozwiązanie nie grozi napływem osób w rodzaju Gawronika, lokalnych „patronów”? Czy najpierw nie należałoby rozbić lokalne kliki i sitwy, których u nas wciąż pełno? Jasne, że fajna byłaby, że wyrażę się z anglosaska, uwaga: „zwrócę się do swego posła”. Ale czy jest to już u nas możliwe, realne?

Jeszcze bardziej kontrowersyjne jest moje stanowisko w sprawie skasowania finansowania partii z budżetu. Też bym chciał większego pluralizmu, przewietrzenia sceny politycznej. Ale czy tędy prowadzi droga? Przy podobnej zmianie kolosalnie zyskałyby partie bogate oraz preferowane przez równie majętnych lobbystów, zdających sobie sprawę z tego, kto na pewno wygra. Jak pokazują światowe przykłady, jakakolwiek, deklarowana, przejrzystość nie rozwiązałaby tej sprawy.

Powiem herezję: proponowanie takich rozwiązań pachnie mi swoistym populizmem. Sformułuję herezję jeszcze większą: traktowanie „populizmu”, totalnie i we wszystkim, skrajnie pejoratywnie wydaje mi się zbyt łatwe. Zwłaszcza gdy używa się tego dyskwalifikującego epitetu, dlatego, iż jest niezgodny z czyjąś opinią.

Same wybory są w pewnym sensie populistyczne, podobnie jak wszystkie zgoła partie. Dziś tzw. zwykli ludzie łatwo dają sobą manipulować, ale czy tak będzie zawsze? Czy określenie vox populi, vox Dei naprawdę nic już nie znaczy? Tak zwani zwykli ludzie (nie tylko w Polsce) wykazują częściej więcej zdrowego rozsądku niż tzw. elity.

Zresztą jakie „elity”, w czym „elitarne”? Osoby fachowe są potrzebne we własnych specjalnościach. Jeśli interesują ich problemy społeczne czy międzynarodowe – bardzo pięknie. Jeśli chcą, mogą różne działania, w tym władz, recenzować. Ale tu wydaje się chodzić o jakieś superelity, wszechwiedzące. Wydaje się, iż w dużej mierze mówimy po prostu o snobizmie, odczuciu wielce...
[pozostało do przeczytania 59% tekstu]
Dostęp do artykułów: