4 czerwca

Już wczesną wiosną 1982 r. wiadomo było, że represje stanu wojennego nie zniszczą „Solidarności” i nie zdławią oporu społecznego nawet przez wiele lat. Z Białołęki wysłałem kilka grypsów z ostrzeżeniem, że jedynym poważnym niebezpieczeństwem zagrażającym „Solidarności” i Polsce jest przedwczesne, zgniłe „porozumienie”.

Żadnego z tych grypsów struktura TKK nie zgodziła się opublikować. W jednym z nich napisałem: „Stan wojenny zostanie zniesiony wtedy, gdy będzie tak źle, że będzie mógł być zniesiony, lub tak dobrze, że będzie musiał być zniesiony. Wobec oporu społecznego »czerwony«, prędzej czy później, musi szukać ugody ze społeczeństwem. Wygra ten, kto przetrzyma, przegra ten, który pierwszy poprosi o ugodę”.

Wymagało to jednak solidarności, nie tylko powszechnej, wymagało to solidarności ludzi postrzeganych jako „przywódcy”. A na to nie mogliśmy liczyć. W „Solidarności” widzieliśmy całą chmarę ludzi „z Lechem Wałęsą na czele”, gotowych zdradzić sprawę polską za cenę apanaży oferowanych przez Kiszczaka. Już w 1985 r. wystartował „wyścig uległości”, konkurs ofert zabezpieczenia interesów czerwonego aparatu. Kiszczak wezwał kilku „doradców” i polecił im wybrać spośród opozycji ludzi, „z którymi da się rozmawiać”. W 1986 r. Gorbaczow oficjalnie wycofał doktrynę Breżniewa o ograniczonej suwerenności satelitów ZSRR. Wsparł ją deklaracją, że Związek Radziecki nie będzie zbrojnie ingerował w wewnętrzne sprawy innych państw. Z tą chwilą Polska odzyskała niepodległość.

Lecz podziemna TKK z Lechem Wałęsą na czele postanowiła tego nie zauważać. Czekała na dyspozycje Kiszczaka. Lecz nie czekała biernie, przystąpiono do intensywnych poszukiwań formuły, która spodobałaby się przeciwnikom. Kuroń zaoferował Kiszczakowi utworzenie listy osób, które do nowego Związku nie będą mogły należeć. Wałęsa na spotkaniu z Miodowiczem zapewnił, że „nowa »Solidarność«” będzie zupełnie inna niż ta z 1981 r., że wejdą do niej zupełnie nowi ludzie, że zgodzimy...
[pozostało do przeczytania 59% tekstu]
Dostęp do artykułów: