Bajeczki dziadka rybińskiego

Chciał w pierwszej chwili Jędrzej przybłędę wyrzucić i jeszcze Burkiem poszczuć, ale przypomniał sobie, co ludzie mówili i co w gazecie wyczytał, że łazi po okolicy czarodziej, na próbę gastronomiczną ludność wystawia, a jak go kto ugości, to mu życzenie spełnia. W sąsiednim powiecie, powiadali, jednemu za kawałek szperki babę czarownie piękną, a jeszcze w kłębach szeroką wyczarował, a gdzie indziej znowu skrzynię złotych dukatów albo bekę tęgą siwuchy.

Uśmiechnął się tedy Jędrzej chytrze i pomyślał: jeśli to żaden czarownik, tylko wydrwigrosz jaki, kości mu wszystkie porachuję i choć się tym nie najem, to się przynajmniej rozgrzeję. I oczami wywróciwszy, słodko mówi przez usta w dzióbek złożone:

– Ależ zachodźcie, szlachetny starcze, do izby, siadajcie na ławie, jeno ją z kurzu przetrę, aby się zaś wam przyodziewek nie zbrukał. Ubogi ci ja jestem z dziada pradziada i wiele nie mam, jeno ten ostatni kawałek chleba, ale się z wami podzielę z dobroci serca.
Przełamał Jędrzej chleb na pół, udaje, że je, i tylko patrzy, czy wędrowiec już czaruje, czy za kij chwytać trzeba. A starzec się posilił, wąsy obtarł i tak powiada:

– Dobre masz serce, młodzieńcze, i czułe. Podzieliłeś się ze mną ostatnim kawałkiem chleba i dlatego dar ode mnie dostaniesz drogocenny. Jeno wybieraj, co chcesz, kije samobije czy stoliczek magiczek.

Poskrobał się Jędrzej w głowę. Kije samobije dostał parę lat temu Wojtek od sołtysa z sąsiedniej wsi, ale się z nimi widać obchodzić nie umiał albo instrukcji przeczytać nie potrafił, bo sprały jego samego i całą rodzinę, a potem do lasu uciekły i do dziś ludzi na gościńcu bijają.

– Nie chcę ja kijów dostać – rzekł więc Jędrzej – ale stolik by mi się nadał, bo ławę tylko mam i piec z polepą.

Wypowiedział nieznajomy zaklęcie, błysnęło, huknęło i na środku izby pojawił się stolik. Ani duży, ani mały, tylko taki w sam raz, ceratą przykryty.

– Jak będziesz chciał, żeby...
[pozostało do przeczytania 76% tekstu]
Dostęp do artykułów: