SOLIDARNOŚĆ CZY ZGODA?

Kiedy powstała „Solidarność”, w latach 1980-1981, zarzut o to, że intencją jej przywódców jest dzielenie Polaków, należał do żelaznego repertuaru partyjnej propagandy. Po roku 1989, nieoczekiwanie, pojawił się on w retoryce „Gazety Wyborczej” w odniesieniu do krytyków Okrągłego Stołu. Stamtąd zapewne trafił do retorycznego repertuaru Komorowskiego i jego sztabu. Żywotność tego hasła na przestrzeni ostatnich 30 lat nie wynika z przypadku. Dla wielu jest ono przekonujące i wiarygodne. Problem, którego oni nie zauważają, polega jednak na tym, że o „dzielenie Polaków” może być oskarżony każdy, kto ujawnia jakiś podział w obrębie naszego społeczeństwa lub jakiejkolwiek, dowolnej spośród tworzących je grup. Krótko mówiąc – w praktyce – każdy, kto w sprawach interesujących obóz III RP ma inne zdanie i głośno je wyraża.Relikt autorytaryzmu i totalitaryzmu Teoretycznie, w demokracji ma do tego pełne prawo. Demokracja opiera się przecież na wolności artykułowania poglądów i postaw; na polemice, na rywalizacji politycznej o to, kto najlepiej nadaje się do rządzenia krajem. Demokracja – w przeciwieństwie do rządów autorytarnych i totalnych – dopuszcza podziały, a więc nie wymaga „zgody”. Zgoda, ta z polskiego przysłowia, odsyła nas raczej do archaicznych zasad słowiańskiego wiecu z jego zasadą jednomyślności, dobrze funkcjonującą w czasach „Starej baśni”, ale zupełnie niemożliwą do zastosowania współcześnie. Toteż, choć nawiązanie do tradycji przez posłużenie się
     
13%
pozostało do przeczytania: 87%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze