Wolna Ukraina śmiertelnie zagraża autorytarnej Rosji

Dodano: 01/04/2022 - Numer 04 (190)/2022
FOT. MARCIN PEGAZ/GAZETA POLSKA
FOT. MARCIN PEGAZ/GAZETA POLSKA

Putin twierdzi, że Rosjanie i Ukraińcy to właściwie jeden naród, rosyjski oczywiście. Nic bardziej błędnego. To jakby mówić, że moskiewski rab i siczowy Kozak to to samo. Nie. Współczesna Rosja to państwo już właściwie totalitarne, car na Kremlu i miliony poddanych. Współczesna Ukraina to zbiorowość indywidualistów, czasem wręcz anarchizujących w imię wolności, miliony obywateli demokratycznie wybierających sobie prezydenta. Jak zechcą, to nawet komika i producenta telewizyjnego, żydowskiego pochodzenia, z rosyjskojęzycznej rodziny. I tego nienawidzi Putin. Taką Ukrainę chce zniszczyć. Bo taka Ukraina zaprzecza temu wszystkiemu, na czym oparł się były oficer KGB.

Rewolucja godności” i wojna w Donbasie – ze wszystkimi ich ofiarami – ukształtowały współczesny naród ukraiński, stały się fundamentem niepodległości Ukrainy. Jeśli od 1991 roku można było mówić, że Ukraińcy państwowość dostali w prezencie, to przez ostatnie osiem lat niewątpliwie zapracowali na nią, także własną krwią.

AntyRosja

W ostatnich latach sformował się ostatecznie naród polityczny ukraiński. Nie według kryterium etnicznego czy językowego, lecz na bazie identyfikacji z państwem. Nawet po „pomarańczowej rewolucji” 2004 roku, Ukraina nie była w pełni samodzielna, podlegała silnym wpływom Rosji, wojsko i służby bezpieczeństwa były infiltrowane przez Moskwę, media kontrolowane przez siły prorosyjskie, duża część parlamentu znajdowała się na liście płac Kremla. I chodziło nie tylko o komunistów i Partię Regionów. Nawet obóz Julii Tymoszenko nie wyobrażał sobie zupełnego zerwania z Moskwą – czego przejawem była bardzo niekorzystna umowa gazowa. Za Janukowycza, od 2010 roku, nastąpił już jednak kompletny zjazd w przepaść rosyjskiej strefy wpływów. W 2014 roku, gdy Ukraińcy się zbuntowali, ich państwo było zależne od Rosji w stopniu niewidzianym od 1991 roku. Za Krawczuka i nawet za Kuczmy Ukraina była bardziej samodzielna niż za „złodziejaszka z Donbasu”. Janukowycz zdemontował przede wszystkim struktury siłowe, od SBU po armię. To wykorzystała Rosja w 2014 roku.

Ukraińcy, właśnie z powodu słabości państwa, a nie braku własnej woli walki, stracili wówczas Krym i część Donbasu. Ale zarazem zrobili pierwszy wielki krok do faktycznej niepodległości. Zerwali więzy z Moskwą. Ale to za mało, by naprawdę wybić się na niepodległość. Niemal od razu pojawiło się drugie zadanie do wykonania: modernizacja państwa, czyli zerwanie z sowiecką i moskiewską przeszłością we wszystkich aspektach. Walka z korupcją, demokratyzacja, wolność rynkowa. No i przede wszystkim kurs na integrację ze światem wolnym, demokratycznym, prosperującym, bezpiecznym. Z NATO, z UE, z Zachodem. Do 2014 roku stosunkowo niewielu Ukraińców opowiadało się za przystąpieniem do NATO. Jednak atak Rosji na ten kraj przekonał większość Ukraińców, że członkostwo w Sojuszu leży w ich narodowym interesie. Przeraża to Kreml i tworzy koszmarny scenariusz, w którym demokratyczna, zjednoczona z NATO Ukraina służy jako katalizator zmian politycznych w samej Rosji. Putin przyznał to niedawno, narzekając, że Ukraina staje się swego rodzaju „antyRosją”. To prawda, Ukraina po 2014 roku pod wieloma względami jest antytezą autorytarnego modelu Putina. I dlatego postanowił spróbować ją zniszczyć.

Pieniądz i obywatel 

Kiedy mowa o przemianach, jakie zaszły na Ukrainie przez ostatnie osiem lat, nie wolno zapominać o gospodarce. W kontekście innych zmian. Aby to zrozumieć, trzeba jednak cofnąć się do początku. Gdy w 1991 roku Ukraina stała się niepodległa, pod względem wielkości PKB na mieszkańca zajmowała 60. miejsce z 3,6 tys. dolarów. Ale w 2019 roku było to już jednak tylko 3225 dolarów. Coś poszło nie tak, mimo że Ukraina miała jedne z najlepszych w byłym Sojuzie warunków startowych, z wielkim sektorem przemysłowym (przedsiębiorstwa wydobywcze i metalurgiczne, rozwinięty przemysł maszynowy i chemiczny) na czele. Jednak większość majątku rozkradziono już na początku. Wtedy powstały biznesowe imperia znanych nam także dziś Achmetowów czy Pinczuków. Przez lata wszyscy przyznawali, że oligarchizacja Ukrainy jest dla niej wielkim obciążeniem. I nic z tym nie robiono. Nawet po rewolucji 2004 roku. Potem było jeszcze gorzej. Rosyjska agresja, okupacja Krymu i wojna w Donbasie sprawiły, że w latach 2014–2015 PKB skurczył się o ponad połowę, do zaledwie 81 mld dolarów. Ale paradoksalnie zmusiło to Kijów do reform. Okres po 2014 roku to czas zmian gospodarczych prowadzonych pod dyktando Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Kolejne programy wsparcia makroekonomicznego obwarowane były długimi listami zadań do wykonania, od których MFW uzależnia wypłaty środków. To właśnie świadomość, że nie ma już alternatywy dla Zachodu, powodowała, że trzeba było przełamywać – z ogromnymi problemami – opór silnych lobby i oligarchów, aby wprowadzać reformy zbliżające Ukrainę do Zachodu, a zarazem oddalające ją coraz mocniej od Wschodu. Kolejnym elementem westernizacji gospodarki i w ogóle całej Ukrainy była emigracja zarobkowa do UE. Ci ludzie poznawali nowe możliwości i specyfikę zachodnią, ale przelewy od emigrantów zarobkowych stały się ważnym źródłem dochodów ukraińskiej gospodarki. W 2020 roku napłynęło od nich na Ukrainę 12,1 mld dolarów, co stanowiło około 8 proc. PKB.

Pieniądze to rzecz jasna nie wszystko. Po 2014 roku Ukraińcy budowali swoje nowoczesne, zachodnie tak naprawdę państwo, także w sferze obronności, kultury, tożsamości narodowej. Rozwija się niewątpliwie społeczeństwo obywatelskie. Ludzie mają coraz większe wpływ na to, co dzieje się w ich najbliższym otoczeniu. Dużym sukcesem w tym aspekcie była reforma samorządowa. Udało się ograniczyć korupcję w procesie przetargów publicznych. Wprowadzono obowiązek składania deklaracji majątkowych przez urzędników państwowych. Ważnym impulsem dla rozwoju społeczeństwa obywatelskiego była wojna w Donbasie. Zimą 2014 roku ukraińska armia liczyła zaledwie 6 tys. przygotowanych do walki żołnierzy, pozostałym brakowało niemal wszystkiego. Skoro państwo abdykowało z roli obrońcy kraju (co wynikało w dużej mierze z procesu rozkładu instytucji za Janukowycza), ciężar walk w początkowej fazie kampanii spoczął na formacjach ochotniczych. Wsparł je ogromny wolontariat. Masowy, lecz zarazem nie scentralizowany. Zresztą dzięki brakowi tej centralizacji nie został nigdy zawłaszczony przez jeden czy drugi ośrodek polityczny. Ochotnicy zajmowali się też choćby uchodźcami z Krymu czy Donbasu. Taką działalność prowadziło nawet blisko 15 proc. populacji kraju. Ważnym składnikiem nowej świadomości społecznej stał się indywidualizm i poczucie, że nie można polegać wyłącznie na państwie.

Nowa Ukraina

Ukraińcy zmienili nie tyle może poglądy, co postawy, inaczej zaczęli postrzegać własne życie, miejsce w społeczeństwie. Co ważne, dotyczy to także wschodniej i południowej części kraju. Jeszcze parę lat temu postrzegano je jako strefę „ruską”, „sowiecką”. Choćby wydarzenia tej wojny pokazują, że nastąpiła radykalna zmiana. Ci sami ludzie, którzy nawet sprzyjali „ruskiej wiośnie” 2014 roku, dziś wychodzą na ulice okupowanych miast z ukraińskimi flagami. Z pewnością jednym z głównych źródeł tej zmiany jest po prostu zmiana pokoleniowa. Do głosu dochodzą młodsi Ukraińcy, nieznający czasów sowieckich, za to znający Zachód (choćby dzięki pracy zarobkowej) i znający też, choć z tej złej strony, Rosję. Wszak to Rosja jest dla nich tym jedynym rozpoznawalnym wrogiem. Nie żadne NATO, Ameryka.

Po euforii (kijowski Majdan) i traumie (utrata Krymu i części Donbasu) lat 2013–2015 Ukraina niewątpliwie ostro i zdecydowanie skręciła na Zachód. W dużej mierze dzięki temu, że spadły maski i stało się jasno, kto jest wrogiem, kto jest zagrożeniem. Od zwycięstwa „rewolucji godności” Kijów zrzucił zależność od Rosji, uwolnił się w dużym stopniu od agentów wpływu i propagandy Kremla (na przykład ograniczenie roli mediów rosyjskich i prorosyjskich). Ważna była derusyfikacja przestrzeni medialnej. Wcześniej dominowały rosyjskie media, rozpowszechniające propagandę Kremla. W ostateczności media rosyjskojęzyczne sprzyjające opcji moskiewskiej. Teraz dominują media ukraińskie i ukraińskojęzyczne. Według sondażu Centrum Razumkowa, przeprowadzonego latem 2021 roku, 70 proc. Ukraińców nie zgodziło się z tezą Putina o „jednym narodzie”, poparło ją 12,5 proc., a 17 proc. nie miało zdania. Ale co ważne, nie zgodziła się z Putinem większość Ukraińców nie tylko na zachodzie czy w centrum kraju, lecz także na południu i na wschodzie.

Nie ma wątpliwości, że faktyczna wojna z Rosją w 2014 roku i wywołane nią załamanie gospodarcze zmusiły Kijów do szukania zewnętrznej pomocy finansowej i wsparcia politycznego. Zachód je zaoferował, ale nie za darmo. Gdyby nie to, modernizacja państwa przebiegałaby jeszcze wolniej i z większymi trudnościami. Od czasu podpisania przełomowej umowy stowarzyszeniowej z UE w 2014 roku Ukraina zapewniła sobie wolny handel i bezwizowe podróże po UE. Dzięki temu zbliżyła się do reszty Europy bardziej niż kiedykolwiek od czasu próby uzyskania przez ten kraj państwowości 100 lat temu.

Zełenski symbolem nowego

Niezależnie do wszystkich zmian, od dobrych i złych rzeczy, jakie zaszły nad Dnieprem po 2014 roku, prawdziwie przełomowym momentem były wybory prezydenckie 2019 roku. Z dwóch powodów. Po pierwsze, Ukraińcy zagłosowali wybitnie „zachodnio”, na faceta popularnego z telewizji, operującego doskonale nowymi technikami politycznymi, młodego i niezwiązanego z klasą polityczną dominującą w kraju od 1991 roku. Po drugie, jego rządy zmieniły Ukrainę jeszcze bardziej, w wielu aspektach i mimo różnych słabości nowego prezydenta i jego zaplecza. Po 1991, 2004 i 2014, rok 2019 stał się kolejną kluczową cezurą w najnowszej historii Ukrainy.

Zełenski już na starcie miał przewagę: był rozpoznawalny dzięki występom w filmach, serialach i programach satyrycznych. Dlatego prowadził wirtualną kampanię, unikając bezpośrednich starć z rywalami, ale też unikając spotkań z wyborcami. Kanałem łączności były social media, ale przede wszystkim telewizja. Sukces możliwy był też dzięki populistycznym hasłom. Zełenski wskazywał sprzeczne cele. Mówił o dążeniu Ukrainy do NATO i UE, ale zarazem zastrzegał, że należy o tym decydować w referendum. Mówił o obniżeniu podatków dla biznesu, ale zarazem była mowa o podnoszeniu wydatków socjalnych. Mówił o zacieśnianiu współpracy gospodarczej z UE (z Polską na czele), ale jednocześnie wzywał do bliższych relacji z Rosją, bo „jej gospodarka jest ważna dla Ukrainy”. Deklarował „ani kroku w tył” w sprawie Donbasu i Krymu, a zarazem mówił, że nie ma sensu teraz podnosić sprawy Krymu, a najważniejsze jest wstrzymanie ognia i powrót żołnierzy do domu. No a przede wszystkim Zełenski skupiał się na kwestiach, na które prezydent w ukraińskim ustroju nie ma większego bezpośredniego wpływu, głównie ekonomiczno-socjalnych. To jednak zadziałało. Zełenski wygrał zarówno pierwszą, jak i drugą turę wyborów prezydenckich na Ukrainie. W decydującym starciu zdobył aż 73,22 proc. głosów. Głosowali na niego zarówno zwolennicy bardziej śmiałych reform, rozczarowani stagnacją procesu modernizacji państwa, jak i elektorat socjalny i względnie prorosyjski. Głosowanie 21 kwietnia 2019 roku było referendum, w którym Ukraińcy wyrazili nieufność do obecnej klasy politycznej. Skoro Zełenski wygrał w tak imponującym stylu, a zarazem potem sukces w wyborach parlamentarnych powtórzyła zmontowana przez niego szybko partia Sługa Narodu, to pokazuje to, jak bardzo Ukraińcy po pięciu latach od wydarzeń 2014 roku byli zmęczeni i rozczarowani tymi, którzy rządzili dotąd po przejęciu władzy de facto na Majdanie.

Putin wykopał przepaść

Zełenski deklarował, że będzie rządzić tylko jedną kadencję, a jego celem jest przeprowadzenie szybkich i głębokich reform. Wiedział jednak, że bez lojalnego parlamentu i rządu niewiele jest w stanie zrobić. Mimo konstytucyjnych wątpliwości rozwiązał Radę Najwyższą. W przedterminowych wyborach w lipcu 2019 roku pospiesznie utworzona partia pod nazwą Sługa Narodu rozbiła rywali, zdobywając samodzielną większość parlamentarną – jako pierwsza w historii niepodległej Ukrainy. W tym momencie Zełenski uzyskał władzę, jakiej jeszcze nikt przed nim nie miał. I okazał się nadzwyczaj sprawnym politykiem. Szybko pozbył się „protekcji” Ihora Kołomojskiego. Jednak wprowadzać w życie szereg wyborczych obietnic nie było już tak łatwo. Zełenski nie był cudotwórcą, jeśli chodzi o oczyszczanie Ukrainy z korupcji. Krytykę opozycji i zachodnich ekspertów wywołał projekt reformy SBU. Uchwalona na jesieni ubiegłego roku tzw. ustawa deoligarchizacyjna również spotkała się z krytyką – przeciwnicy uważają, że to tak naprawdę narzędzie Zełenskiego do rozprawy z nieprzyjaznymi oligarchami. Ale rządowi kontrolowanemu przez Zełenskiego udało się też przeprowadzić kilka ważnych zmian, m.in. reformę rynku gazowego oraz przyjąć ustawę znoszącą moratorium na handel gruntami ornymi, co było od wielu lat przedmiotem sporu politycznego. Zełenski poszukiwał nowych inicjatyw pozwalających przełamać impas w Donbasie. Gdy zrozumiał, że dla Rosji „negocjacje” to spełnienie jej wszystkich warunków przez Kijów, Zełenski porzucił mrzonki. I rozczarował Putina, którym początkowo cieszył się, że jakiś nuworysz obejmuje pełnię rządów na Ukrainie.

Putin atakując ją w 2014 roku po raz pierwszy, wykopał głęboką fosę między Rosją a Ukrainą, między Rosjanami a Ukraińcami. Wojna w Donbasie, tysiące ofiar, ich krew – wszystko to stało się podstawą prawdziwej niepodległości Ukrainy. Niezależnie od tego, czy ktoś był ze Lwowa czy z Charkowa, czy znał dobrze ukraiński czy nie. Osiem lat ostatnich zbudowało niepodległą Ukrainę i świadome ukraińskie społeczeństwo. Dlatego nikt nie wita dziś kwiatami najeźdźcy, nawet w tych miejscowościach, gdzie przeważa ludność rosyjskojęzyczna. Więcej, jeśli po 2014 roku byli jeszcze na Ukrainie jacyś sympatycy „ruskiego mira”, to po inwazji z 24 lutego już ich nie ma. Jeśli w 2014 roku Putin wykopał głęboki rów między Rosją a Ukrainą, to w ostatnich tygodniach jest to już przepaść nie do pokonania. Nie było w historii Moskwy przywódcy, który by tego dokonał. Katarzyna II Ukrainę ostatecznie podbiła, Stalin dokonał na niej zbrodni ludobójstwa, ale żadnemu z nich nie udało się to, co Putinowi: uczynić z narodu bardzo bliskiego Rosjanom, pod każdym względem – od języka, religii i kultury po tradycję Wielkiej Wojny Ojczyźnianej – śmiertelnego wroga na wieki.

 

     

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze