Mues

Ciemność. Ulica pusta. Tylko oni dwaj. Poszli dalej. Dalej była knajpa pod arkadami. Nocna, z dancingiem. Zachęcała rzęsistym oświetleniem, głośną muzyką. Taneczne szlagiery, zawodzenie saksofonu, bęben. Zatrzymali się i zaraz weszli. Chlać pragną, dziwki macać, ani im w głowie koniec zabawy. M. zachichotał cienko. Śmiech miał piskliwy, kobiecy. Perliście wznosił się w wysokie tony. Popatrzył na nas. My wpatrzeni w niego. Karni żołnierze, posłuszni woli dowódcy; ruszyliśmy do tancbudy.

Oni już w szatni. Ściągali ciężkie szuby, podszyte futrem. Szatniarz, zła, kwadratowa morda, uśmiechał się do nich przymilnie. Przyjął okrycia poza kolejką. Lepsi goście. Dla nas jelenie. Taki...
[pozostało do przeczytania 97% tekstu]
Dostęp do artykułów: