Mues

Ciemność. Ulica pusta. Tylko oni dwaj. Poszli dalej. Dalej była knajpa pod arkadami. Nocna, z dancingiem. Zachęcała rzęsistym oświetleniem, głośną muzyką. Taneczne szlagiery, zawodzenie saksofonu, bęben. Zatrzymali się i zaraz weszli. Chlać pragną, dziwki macać, ani im w głowie koniec zabawy. M. zachichotał cienko. Śmiech miał piskliwy, kobiecy. Perliście wznosił się w wysokie tony. Popatrzył na nas. My wpatrzeni w niego. Karni żołnierze, posłuszni woli dowódcy; ruszyliśmy do tancbudy.

Oni już w szatni. Ściągali ciężkie szuby, podszyte futrem. Szatniarz, zła, kwadratowa morda, uśmiechał się do nich przymilnie. Przyjął okrycia poza kolejką. Lepsi goście. Dla nas jelenie. Taki szatniarz ma wyczucie. Jeden wybrał sobie camele ze skrzyneczki, którą szatniarz wysunął spod lady. Drogie fajurki, tylko dla nadzianych.

M. chudy, przygarbiony, przyczaił się za filarem i świdrował kosymi ślepiami łowną zwierzynę. Cały napięty, cięciwa łuku. Zaraz wypuści zabójczą strzałę. Taki był zawsze. Skupiony na celu. Byle jaki z wyglądu, szary urzędniczyna: poczciarz jakiś czy referent z kasy chorych. Zapadła pierś, pochyłe plecy, mocno wyłysiały. Pięciu złotych nie dałbyś za niego, dlatego bardzo skuteczny. Nie budził podejrzeń. Ufaliśmy mu ślepo.

Oks, wysoki, masywny, z cętkami ospy na twarzy, też drapieżnik. Choć niewiele starszy ode mnie, ale doświadczony, drugi w hierarchii po M., najbliższy jego wspólnik.

Baban, w moim wieku, szczurek z bazaru; matka z siostrą handlowały kwiatami i bagnem na mole, babka sprzedawała pańską skórkę pod szkołą. Lisi, trójkątny pyszczek, ruchy zamaszyste, spluwał co raz kącikiem ust. Udawał kozaka, co niejeden wykręcił numer, choć tak samo jak ja dopiero zaczynał.

W knajpie wrzący kocioł. Na parkiecie tłok. Orkiestra rżnęła z rozmachem. Wokalistka w obcisłej, srebrnej sukni niby z rybich łusek wabiła do zabawy wibrującym, niskim głosem. Wyginała się wężowym ruchem. Bar też gęsto oblepiony...
[pozostało do przeczytania 93% tekstu]
Dostęp do artykułów: