Miasto w okolicy limes

czerniecki.net
Bez wody. Bez stałych źródeł. Bez rzek. Za to w otoczeniu gór i wielkich pustynnych otchłani. Z hamadą, która od czasu do czasu zagości w gazetowych czołówkach kolejnym rekordem ciepła. Wreszcie z ludzkim geniuszem. Rzucającym wyzwanie nawet w takim miejscu. Symetrycznym środku ciężkości starożytnej Persji.
– Myślisz, że jest otwarte? – Matusz jest najwyraźniej sceptyczny.
– Musi być. To jedna z głównych atrakcji tego miejsca – odpowiadam, nadal szukając jakiejś otwartej furtki w długim jasnokremowym murze.
– Coś średnio uczęszczane miejsce, jak na największą atrakcję – Mateusz nie wydaje się przekonany. – Nikogo tu nie widać.
– Hej, zamiast biadolić, pomóż mi się tam dostać – odpowiadam wyprowadzony nieco z równowagi. – Mamy dwie opcje: albo będziemy tu stać i narzekać, że pusto i nie ma wejścia, albo się zepniemy i znajdziemy sposób, aby przejść ten mur. Co wybierasz?
– Stefan, nie przesadzaj… Może najzwyczajniej w świecie mają dziś zamknięte?
– Spójrz! – przerywam koledze. – Jest! Brama!
Rzeczywiście. Niewielki parking. Zupełnie pusty plac. Wypalone słońcem pojedyncze kamienie. I bardzo maleńka brama. Obok widać jakąś tablicę. Zapisaną w język perskim. Mijamy ją obojętnie. I tak nic nie zrozumiemy. To jednak musi być to miejsce. W najbliższej okolicy nie ma przecież żadnej innej bramy.
– Salām! – witam się ze starszawym panem, który na nasz widok wychodzi z pobliskiej budki.
– Salāmat bāszid! – słyszę chrypiącą odpowiedź.
– My na wieże… – przechodzę łagodnie na angielski, dobrze wiedząc, że dalsza konwersacja w języku perskim jest na nic. Do tej pory zdążyłem oswoić się zaledwie z kilkoma zwrotami tego dialektu. Na więcej nie było czasu. Ani umiejętności.
Ale pan najwidoczniej nie zna angielskiego i mrucząc pod nosem kolejne sylaby, wskazuje nam palcem wydeptaną ścieżkę. Domyślam się, że to droga, którą mamy podążyć. Zresztą, nie mamy nic do stracenia. „Taszakkor mikonam” – rzucam na pożegnanie....
[pozostało do przeczytania 84% tekstu]
Dostęp do artykułów: