Niemiecka rewolucja eklezjalna

To nad Renem zarówno w ramach „drogi synodalnej”, jak i szerzej – w ogóle decyzji i debat, jakie tam zapadają, kształtuje się przyszłość Kościoła w Europie. Jeśli sami nie przemyślimy problemów stawianych przez niemieckich katolików, to ich rozwiązania zostaną nam narzucone.

Niespełna miesiąc temu w Niemczech rozpoczęła się katolicka „droga synodalna”, której celem jest głęboka zmiana doktryny, a przynajmniej praktyki katolickiej. Tak jak po Synodzie Amazońskim, nic po tym wydarzeniu w Kościele katolickim nie będzie już takie samo. I to nawet jeśli część z wniosków owej drogi zostanie zanegowane przez Watykan. Skąd taka opinia? Odpowiedź jest prosta. Kościół niemiecki jest nie tylko największym obecnie graczem eklezjalnym na świecie, ma potężną (nawet jeśli niesłuszną i złą) teologię, a jego hierarchowie – by wymienić tylko kardynałów Waltera Kaspera i Reinharda Marxa – to najbliżsi współpracownicy papieża Franciszka, który od nich często czerpie inspiracje. I dlatego mimo dochodzących niekiedy z Watykanu krytyk „drogi synodalnej” trzeba jasno powiedzieć, że to, co zostanie na niej ustalone, prędzej czy później będzie wprowadzone w życie, i to nie tylko na terenie Niemiec czy Kościołów niemieckojęzycznych, lecz także prawdopodobnie w całej Europie. 

Rezygnacja z grzechu ciężkiego
Jak głęboka może to być zmiana, pokazują informacje z ostatnich tygodni z Niemiec. Na początku grudnia Komisja ds. Rodziny Konferencji Episkopatu Niemiec po konsultacjach z gronem naukowców uznała, że homoseksualizm należy do „normalnych form predyspozycji seksualnych”, a to oznacza, że nie powinien być uznawany za „obiektywnie nieuporządkowany”, i że w porządku biologicznym czy naturalnym może być on zestawiany z heteroseksualizmem. Członkowie komisji nie posunęli się – wiele wskazuje na to, że na razie – do uznania aktów homoseksualnych za dopuszczalne moralnie, ale… zamiast tego oznajmili, że „stosunek seksualny po rozwodzie...
[pozostało do przeczytania 80% tekstu]
Dostęp do artykułów: